Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12 Kroków AA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 12 Kroków AA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 stycznia 2018

Chodzisz do AA czy dalej do baru?


Pixabay

Głównie piłem w samotności chociaż bywałem też nie rzadko w barach. Od czasów studiów a właściwe już liceum byłem stałym klientem kilku ciekawszych miejsc ale też typowych mordowni gdzie lepiej nie wchodzić nie znając środowiska. 

W barze jak w barze, spotykasz się z kumplami, z niektórymi gadasz o sporcie, wyzywasz polityków a z innymi rozmawiasz o muzyce rockowej czy jazzowej poruszając tematy filozoficzne. Miałem i mam dość szeroki wachlarz zainteresowań co powodowało że łatwiej było mi się dogadać z szerokim gronem ludzi. Czy byłem sobą? I tak i nie, zależy. 

Czasami wyglądało to jak z dobrej reklamy piwa a czasami wiało taką żenadą że do tej pory spuszczam wzrok przypominając sobie jakieś sytuacje. Nie ważne było że w domu czeka młoda żona z dzieckiem, że są zaległe obowiązki, że ktoś się o mnie martwi. Byłem ja, browary, papierosy i kumple. Na swój chory sposób tylko tam czułem się rozumiany mimo że wszyscy żyliśmy w kłamstwie tłumacząc własne postępowanie na nieraz w bardzo racjonalne sposoby. 

Kiedy przestałem pić po półtorej roku trwania w abstynencji założyłem z kolegą grupę AA której lokal mieścił się 50mb za jedną z knajp w której spędzałem większość wieczorów... Taka ironia losu.

Nabijałem się że zmieniłem jeden bar na inny. 
Jednak to nie takie głupie... 

Po co chodziłem do baru? Żeby pogadać z kumplami, pośmiać się, wypić piwo w ilości kilku litrów, spalić kilkanaście papierosów i na fleku wrócić do domu tak by najlepiej zaraz iść spać. 
Po co chodzi się na AA? Żeby pogadać z kumplami, wypić kawę i wrócić do domu... Czy coś jeszcze? No właśnie teraz bardzo bym chciał żebyś zadał sobie to pytanie. 

Po co chodzę do AA? 

Bardzo łatwo zamienić pub na mitingi, tam też można uciekać przed domem, odpowiedzialnością, ciszą i nawet samym sobą. 

Po co chodzę na AA?  

Program 12 kroków to naprawdę doskonały program rozwoju osobistego i duchowego. Większość terapii dla osób uzależnionych bazuje właśnie na nim. 

Czy robię coś z tym programem, czy wprowadzam go w życie, małymi krokami w tempie ślimaka idącego na komisję lekarską ZUS..., ale jednak. Czy wdrażam wartości z AA w życie? 

Żeby nie było że jestem hipokrytą, sam nigdy nie zrobiłem 12 kroków ze sponsorem, ja swoich sponsorów miałem w terapii, terapia działa też troszkę inaczej, w terapii trzeba iść przez program w AA trzeba nie chcieć pić. Dzisiaj mi to wystarcza ale kiedyś musiałem mieć narzucony rygor bo bym sobie od razu pofolgował. 

Ja trzeźwiałem z innymi książkami niż tymi które można spotkać na AA, nie wiem czy to dobrze czy to źle, myślę że to trochę inna ścieżka. Jednak przez większość czasu żyłem z pytaniem w głowie, po co, dlaczego tak zrobiłem i powiedziałem, co i dlaczego mnie pociąga a co złości i odrzuca. 
Dopóki te pytania są, dopóki jest próba odpowiadania na nie, jest nadzieja na lepsze jutro. Bo o to w tym chodzi, stawać się lepszą wersją siebie, chociaż raz na jakiś czas, chociaż raz na kilka lat ale jednak. Lepszą wersją siebie w prawdziwym życiu a nie jak po kilku głębszych, półtorej komandosa, dusza towarzystwa i włoski ogier w jednym.

W AA uważałem i uważam że najważniejsza jest nasza trzeźwość, kroki są dla nas a nie my dla kroków. Jednak spotkania gdzie nie porusza się żadnej literatury mogą przypominać te z baru. Pewnie że na innym poziomie, pewnie że we wspaniałym towarzystwie, ale po co? Tylko żeby nie pić? To za mało, sądzę że każdy trzeźwiejący alkoholik jest powołany do czegoś więcej. 

Jeżeli Twoja grupa pracuje na literaturze, na jakiejkolwiek, czy odnosisz ja do siebie na mitingu ale również po za nim? Małymi krokami, ale jednak?

Praca nad sobą zawsze oznacza jak to dzisiaj się modnie nazywa Wyjście ze strefy komfortu. Jako czynny alkoholik najmniejsza niewygoda, lęk, frustracja czy jakiekolwiek nieprzyjemne uczucie zapijałem. W prawdziwym życiu tak nie ma, w nim trzeba tłumaczyć dziecku matmę będąc paskudnie zmęczony, słuchać co ma do powiedzenia szef czy klient i o zgrozo... próbować zrozumieć żonę na zakupach w galerii handlowej.

Na miting też można przed tym wszystkim uciec. Pytanie czy coś się w moim życiu zmieni?
Więc jak, chodzisz do AA czy dalej do baru?  

SB

niedziela, 25 grudnia 2016

12 kroków AA, krok dwunasty cz.2 : Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Pixabay


W drugiej części dwunastego kroku skupię się na tym co najtrudniejsze a zarazem najskuteczniejsze w niesieniu posłania. Jak czasami wspominam samo mówienie innym jak mają żyć (mimo że staram się nie narzucać niczego) przychodzi mi łatwiej niż samo życie według danych zasad. 

Każdy kto ma dziecko wie że czy grzeczne czy nie, dzieci nie lubią słuchać co się do nich mówi. Dzieciaki nie słuchają swoich rodziców one ich obserwują. Czasami się zastanawiam dlaczego moja kochana córka zapala się dość szybko jak ja... Przecież starałem się jej przekazać inny obraz. Rzecz w tym że ona bardziej mnie patrzy niż słucha. Dorośli działają podobnie :-) 

Jak to się ma do tematu? Ano tak że najskuteczniej nieść posłanie nie mówiąc jak mają ludzie żyć według 12 kroków AA a stosując je we własnym życiu, dawać przykład a tym być kimś prawdziwym a nie zwykłym hipokrytą. 

To ważna rzecz. Sam zawsze podkreślam że ideał to mój kierunek a nie stan. To kierunek w którym często stawiam dwa kroki w tył a jeden w przód. To coś czego szukam w wędrówce zwanej życiem. Ja naprawdę nie jestem idealny, mam masę wad z którymi mniej lub bardziej pracuje. Oczywiście to nie są tylko dobre chęci, chociaż czasami są... Pracuje nad nimi tyle że z różnym skutkiem ;-) 

Ważne by uniknąć jak się w AA mawia dwukroku. Czyli uznania bezsilności wobec alkoholu i pomijając wszystkie inne kroki skupianiu się na niesieniu posłania. Jak się można domyśleć zdarza się to wielu. Zdarza się również mi. Pod koniec tego roku a wiec 2016 byłem tak bardzo pochłonięty budową własnego domu że przez jakiś czas przestałem sam się rozwijać. Nic nie czytałem, oglądałem tylko trochę mądrych ludzi na youtube. 

Z racji bloga, posłanie niosłem cały czas odpisując na wasze komentarze i listy. Głupot wam nie nagadałem ale sam zacząłem czuć ciężar tego posłania. Moja pogoda w serDuchu zaczęła przypominać Polski listopad...Dlatego uważam że w trzeźwym życiu nie ma stania. 

Albo cały czas się rozwijasz albo idziesz na dno. Ale to takie skrajności a skrajności są złe. 
W tym wypadku nie ma trzeciej możliwości. 
Na szczęście dość szybko zaczęło się rozjaśniać w moim sercu, czasami wystarczy zacząć (i kontynuować) czytać książkę do której z jakiegoś "dziwnego" powodu mnie ciągnie.


Jak więc żyć? Według zasady dwunastu kroków AA który jest programem naprawdę wspaniałym. Ale nie tylko! Naprawdę, drodzy przyjaciele i nie przyjaciele na szlaku trzeźwienia. Program ten jest naprawdę super i robi bardzo dużo dobrego. Ale jeżeli ktoś uważa że to jedyna droga to proszę poluźnić gumkę w majdach ;-)  

Naprawdę, można zamienić butlę na mitingi, na czytanie książek i nie wiadomo co. Często słowa "Naładować akumulatory" są prawdziwe. Na prawdę spotkanie AA, rekolekcje, dobra książka czy warsztat rozwoju osobistego są super i jakoś więcej po nich energii. Należy jednak pamiętać by nie było tak jak kiedyś, idę do knajpy naładować akumulatory, jak se wypiję, zapalę czy coś tam jeszcze to poczuje się lepiej. Niestety ale można wpaść z deszczu pod rynnę.

Dla mnie oczywiście Bóg jeżeli jest na pierwszym miejscu to wszystko jest na pierwszym miejscu. Jednak nie może to być sucha praktyka ani ślepa wiara. Linia między radykalizmem a fanatyzmem jest bardzo cienka. Dotyczy to wszystkiego! 
Odkrywanie Boga przez różnych ludzi, sytuacje, również jak dla mnie kościół jest bardzo ważne. Jednak musi być też czas na rodzinę, na małżeństwo, na zdrowie i hobby. 

Nie można tych wartości traktować jak do zatęchłej padliny którą trzeba trzymać przy 
respiratorze! I na nie musi być czas. Oczywiście byłbym kłamcą gdybym powiedział że doskonale dziele czas na wszystko co ważne. Nie! Nie jest tak.Bywa że się zapomnę i  tracę masę czasu na przeglądanie bzdur, tak BZDUR w internecie. Co nie znaczy że wszystko w sieci to śmieci.

Zawsze najwięcej czasu poświęcam temu co aktualnie jest dla mnie bardzo ważne, obecnie budowa domu. Jednak idziemy czasami z żoną na kolację czy chociaż kawę do klimatycznej restauracji. 
Wybieramy się z rodziną do kina czy wspólnie w domu coś oglądamy lub gramy w gry planszowe. Pamiętam też o karierze zawodowej i o własnych dziecięcych marzeniach. Żyjemy w czasach gdzie z jednej strony mówi się że pieniądze nie są ważne a z drugiej większość z nas bardzo ich pragnie. I tu należy się rozwaga bo przepraszam bardzo ale jakoś nie wierzę że ktoś będzie pełen miłości i spokoju kiedy micha pusta i komornik przy drzwiach... 

Na prawdę na wszystko musi być czas i to właśnie teraz jest to miejsce by stosować zasady we wszystkich naszych poczynaniach. A kiedy Ci się to uda to podejdzie do Ciebie jakiś ktoś i zapyta: "Słuchaj, powiedz mi co mam robić żeby też tak mieć?"

Te linki mogą być pomocne:

Jak zaskoczyć partnera / partnerkę, czyli walentynki nie tylko raz w roku

Dlaczego nie mam pieniędzy?

Jak cieszyć się życiem?

środa, 21 grudnia 2016

12 kroków AA, krok dwunasty cz.1 : Przebudzeni duchowo w rezultacie tych Kroków, staraliśmy się nieść posłanie innym alkoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Pixabay



To działa!!!  Jak mawia klasyk, "No nie ma bata!" jeżeli naprawdę przez ostatni czas oddałeś się rozwojowi osobistemu i duchowemu po przez program dwunastu kroków lub też terapię czy jeszcze inaczej to nie ma bata, czujesz się tak jak jeszcze być może z rok temu byś nie uwierzył. Jestem tego tak pewien jak tego że jestem facetem! 

Z mojego doświadczenia i doświadczenia innych wiem jaki entuzjazm towarzyszy przebudzeniu duchowemu. Widzisz więcej, lepiej i dokładniej. Podobnie też słyszysz i czujesz. Po prostu żyjesz pełną gębą! Już nie jesteś zombie a uwierz że nie trzeba być menelem bez pracy by być żywym trupem. Możesz jeść, pić, mieć rodzinę, prace, dom i przyzwoite auto a być duchowo martwym. Zresztą myślę że teraz wiesz o czym piszę. 

Niestety są tacy który czują się oświeceni przez co lepsi od innych. Sam tak miałem a i może dziś przez głowę taka myśl przeleci. To droga do nikąd. Żyjąc z takim przekonaniem nie ruszysz z miejsca dalej, do sedna duchowości a więc życia w pogodzie ducha, życia w prawdzie! 
Na szczęście jest masa ludzi którzy mimowolnie postanowią się podzielić z pozostałymi swoim doświadczeniem by i oni poczuli się jak w raju na ziemi. 

Co mnie motywuje najbardziej w pomaganiu innym? Jak do czystej wody wrzucisz wacik zamoczony w czerwonej farbie to i ona zrobi się czerwona, jak go wyjmiesz, odcedzisz wodę i wrzucisz drugi wacik tym razem od niebieskiej farby ta jaka będzie woda? Jak była dobrze wyczyszczona to będzie niebieska, logiczne prawda?

Widzisz z duchowością jest tak samo, Bóg jest wspaniałym matematykiem i jak poznasz jego działania to mimo że sam pozostanie WIELKĄ TAJEMNICĄ Tobie świat wyda się bardziej zrozumiały. 

Jeden nie pijący i TRZEŹWIEJĄCY alkoholik to przynajmniej kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt szczęśliwych osób. Rodzina, pracodawca i współpracownicy, znajomi czy pani Janka ze sklepu za rogiem której wisisz kasę od kilku miesięcy ;-) Wszyscy oni poczują ulgę. No może nie zawsze wielką i szybko, czasami ktoś potrzebuje czasu i pomocy by oswoić się z nową sytuacją i własnymi wadami, uwarunkowaniami. Tak mówię tu do żon trzeźwiejących alkoholików! ;-)

Tak czy siak, najbardziej motywuje mnie uśmiech dziecka, żony czy kogoś bliskiego w kierunku nie pijącego i TRZEŹWIEJĄCEGO męża. Jak masz mnie za szowinistyczną świnie to se role odwróć, w końcu mamy 21 wiek... ;-) a tak serio to oczywiście i Paniom zdarza się pić i trzeźwieć tak że mężczyźni mogą zazdrościć (tego drugiego) 

Jak można nieść posłanie? Oczywiście nie znam wszystkich sposobów i liczę na wasze podpowiedzi w komentarzach. Najbardziej oczywistym jest mówienie w terapii czy na mitingach AA. Doskonałe są też świadectwa. Jednak nie oszukujmy się, nie każdy jest doskonałym mówcą czy show men-em by tak występować. Można jak ja pisać bloga czy wydać książki. Kilka warsztato-świadectw miałem a za jakiś czas chciałbym to bujnąć dalej. 
Wiem że dla wielu może to być stres i dodatkowe zajęcie nie do przeskoczenia, sam się zmuszam do wystąpień publicznych bo szczekanie w internecie przychodzi mi łatwiej ;-) 

Kolejny znany mi sposób to świadectwo życia. Wiesz, zakochałem się w słowach Jezusa, zwłaszcza tych "Po owocach ich poznacie" nic dodać nic ująć. Jak ktoś chce mi sprzedać jakąś ideologie lub o zgrozo... pouczyć ;-) to badam jego owoce... Ok, zabrzmiało to dwuznacznie :-D 

Oczywiście chodzi mi o życiowe owoce, o jego stan ducha i materii. No na przykład jak kiedyś bywałem stałym bywalcem knajp i "za sklepem" (nie wiem jak to odmienić) to jeden przez drugiego miał milion pomysłów na biznes a szef każdego z nas był idiotą! 
Tyle że owocami "idioty" był wielki dom, super auta i firma warta miliony a owocami "biznesmenów" otwarty zeszyt w knajpie i sprane dżinsy... 

Dlatego uważam że nawet skuteczniejszym świadectwem nie jest to mówione a to jak żyję. Jak bym miał to ubrać w zdanie to ŻYJ TAK BY INNI SAMI PYTALI JAK TO ROBISZ. To już wychodzi mi różnie ;-) ideałem nie jestem i nie będę bo jestem za słaby. Ideał to mój kierunek.

Idąc dalej, na mitingu każdy jest tak samo ważny bo mimo że picie wyglądało na ogół podobnie u każdego, zachowania alkoholowe były już niemal identyczne, to każdy z nas ma pewne cechy różniące (wbrew pozorom ludzie od ludzi nie różnią się tak bardzo)

Chodzi o to że czasami przyjdzie osoba która nie chce pić a jest z natury zamknięta w sobie. Taki ktoś może bać się podejść do gaduły jak ja i woli iść do kogoś kto się nie odezwał na głównej części mitingu a należy pamiętać że miting trwa od momentu kiedy dwóch alkoholików ze sobą zacznie gadać czy to przy parzeniu kawy czy w toalecie czy na przerwie. Sam uwielbiam te nie oficjalne części mitingu AA :-) 

Stąd uważam że każdy sposób jest dobry by pomóc bo walka nigdy nie toczy się o jedną duszę a o kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. Pamiętaj że to efekt domina.


Sukcesy i porażki w posłaniu. Po pierwsze samo słowo sukces i porażka należy traktować z dystansem. Wygrana i przegrana zawsze znajduje się w ramach ustalonych zasad, zupełnie jak w sporcie. W wyścigu rowerowym ktoś kto dojedzie do mety pierwszy na motocyklu nie wygra a zostanie wywalony na zbity pysk... 

Wystarczy zmienić zasady lub chociaż punkt widzenia i widok na podium może ulec radykalnej zmianie. Każdą natomiast przegraną, czy też porażkę można traktować jako naukę, jako środek do celu a więc składową sukcesu. Nie ma szans żeby cokolwiek w życiu osiągnąć bez nauki na błędach. 

Wracając do tematu, dla mnie największą "porażką" niesienia posłania było przekonanie o tym jaki jestem wielki. W terapii poszło mi dobrze, ba bardzo dobrze. Miałem świadomość tego że gadka mi idzie, trzeźwienie też dość dobrze. Po założeniu grupy AA i jej prowadzeniu zacząłem czuć się jak półbóg. Może nie traktowałem ludzi z góry to jednak sam nie umiałem się przyznać do tego że mam trudności w życiu.

Nie mogłem, przecież jak? Ja? Taki autorytet, mam zwieść innych? Takie było moje myślenie. Jak łatwo się można domyśleć nie skończyło się to dobrze. Nie zapiłem ale odchorowałem ciężko. 
Nie tylko taka pycha mi towarzyszyła. Bywało że będąc przebudzonym duchowo czułem się lepszy od innych. To akurat nie podobało mi się bo dość szybko się na tym łapałem. Jednak pozbyć się tego przekonania nie było łatwo. 

Z biegiem lat kiedy moje pijackie życie zaczęło zsuwać się do odleglejszej pamięci a obecne coraz bardziej układać też powstaje pewne niebezpieczeństwo pychy. Po prostu zapomina wół jak cielęciem był... Chodzi o to że dzisiaj na dużą część moich i cudzych problemów dość szybko znajduje rozwiązanie. Nie zawsze i nie zawsze celne ale jednak. Natomiast łatwo mi zapomnieć że tak kiedyś nie było!

Tu akurat kontakt z początkującymi na drodze trzeźwości pomaga mi najbardziej. Dość szybko można popełnić błąd otaczając się weteranami trzeźwienia i być zdziwionym że ktoś sobie nie radzi w podstawowych rzeczach. Mało tego, powiem że to właśnie rzeczy oczywiste w pierwszej kolejności wychodzą z głowy tym z najdłuższym stażem abstynencji. Sam na czas pisania tego tekstu mam 7 i pół roku bez % i wiem jak bardzo mi są potrzebne świadectwa osób z mniej niż rokiem abstynencji. Stąd powiedzenie że nauka w AA zawsze działa w dwie strony. Zresztą nie tylko w AA.

Skupmy się jednak na "porażkach". Sam mam świadomość że większości z osób która trafia na tego bloga nie udaje się od razu wytrzeźwieć. Widzę po statystykach że czasami jest lepiej a czasami gorzej (ogólnie coraz lepiej) Bywa że z partyzanta komuś daje świadectwo. Na przykład kiedy mnie jakiś żurek pyta o drobne to jak mam czas i jest w miarę trzeźwy, siadam na pogaduche dając mu świadectwo mojego życia. 

Jakiś czas temu kiedy byłem w szpitalu zagadał mnie bezdomny i tam usiedliśmy na schodach i pogadaliśmy sobie. Wiem że jeden i drugi dalej na razie pije. Ale nie o to chodzi.
Chodzi o zasianie ziarna! Wiem że taka osoba w krytycznym momencie przypomni sobie o mnie, o blogu, o jakimś jednym marnym zdaniu w stylu "Można nie pić i można naprawdę żyć"

Normalne że większości ludziom nie udaje mi się pomóc ale co z tego? Pewnie że super kiedy piszecie do mnie i mówicie że już nie pijecie! Są takie listy. Ale cały ten projekt Bez Zniewolenia nie jest jedyną słuszną drogą. Bez Zniewolenia to bufor między tymi dwoma światami. Pierwsze koło ratunkowe które ma za zadanie pokazać kierunek. Zawsze przekazuję pałeczkę dalej, do AA lub terapii. Oczywiście jeżeli ktoś chce to jestem drogą email z tą osobą w czasie pierwszych miesięcy czy dłużej. 

Nie męczy mnie to bo pamiętam że to efekt domina :-) 

piątek, 18 listopada 2016

12 kroków AA "Krok 11. Dążyliśmy poprzez modlitwę i medytację do coraz doskonalszej więzi z Bogiem, jakkolwiek Go pojmujemy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas, oraz o siłę do jej spełnienia."





Jak bardzo istotna jest więź z Siłą Wyższą to już chyba wiemy, było sporo na ten temat w poprzednich krokach więc nie będę się rozpisywał. W ogóle ten artykuł będzie mało teoretyczny bo ten krok mimo że skłania do refleksji potrzebujesz przerobić sam, bez moich wypocin ;-)

Jak medytujesz?

Kiedy mówi się medytacja niemal od razu wpada mi do głowy obraz mantrującej osoby w jaskini... Oczywiście nie wybieram się do jaskini, wolę przedmieścia ;-)
Jednak nie trzeba tak bardzo wybiegać. Ogólnie medytacja to rodzaj odprężenia, również wizualizacji.

Nawet kiedy wspominasz cafe latte w cieniu z wakacji to w pewnym sensie medytujesz. Taki rodzaj wspomnienia który Cię odpręża jest medytacją. Oczywiście gnicie we wspomnieniach do niczego dobrego nie prowadzi. Jednak takie wyciszanie umysłu daje sporo.
Można również wyobrażać sobie fikcyjne miejsca i doświadczenia... ciekawe o czym pomyślałeś w tym momencie ;-D

Oczywiście skrajne rozmarzanie się to nie medytacja. Bujanie w chmurach to niedojrzałość a tego trzeźwiejący alkoholik stara się oduczyć. W medytacji chodzi tylko i wyłącznie o odprężenie umysłu i twórcze myślenie. Bycie w tu i teraz to dość trudna sztuka zwłaszcza dla ludzi żyjących w pędzącym świecie, czyli ogólnie dla nas. Sam próbowałem różnych technik od kontroli oddechu czy afirmacji po buddyzm. Czy się komuś podoba czy nie, na mnie najlepiej zadziałało oddanie się Jezusowi w takim akcie : kliknij mnie :-)

Dla mnie medytacja to rozmyślanie po zatrzymaniu potoku nie ogarniętych myśli. W mojej głowie dzieje się sporo i nie zawsze są z tego jakieś korzyści ;-) Jednak od czasu kiedy zacząłem coraz więcej oddawać Sile Wyższej jest mi znacznie łatwiej kontrolować własne myśli.
Tu akurat faceci mają łatwiej od Pań, gdyż potrafimy skupić się na jednej czynności a nie potrafimy na wielu. Co nie oznacza że kobieta nie może wyrobić w sobie spokoju. Trening czyni mistrza bez względu na płeć (choć nie w każdej dziedzinie na korzyść i mężczyzn i kobiet)

Medytacja to również czytanie siebie. Czytanie oznak z ciała gdzie znaaaaczna część dolegliwości to psychosomatyka a więc zaduszone traumy. Czytanie własnych motywów o czym było w poprzednich krokach. Analiza własnego dnia do której jeszcze wrócę.

A więc jak medytuję? W prosty sposób, starając się unikać teoretyzowania o które dość łatwo, rozmyślam nad jakimś tekstem. Kto go napisał, po co, dlaczego. Chociaż przed wszystkim jak bardzo mogę odnaleźć tam siebie. Jaki to może być tekst? Właśnie tekst modlitwy ale też nie koniecznie. Ale o tym za chwilę :-)

Jak się modlisz?

Modliłem się kiedyś wyłącznie na pandę, czyli panda, Pan da.
Daj mi, daj mi, daaaaaaj mi!!!!
Dzisiaj również proszę ale najpierw dziękuję za wszystkie łaski a bądź co bądź jest ich sporo. Przepraszam za grzechy (grzech znaczy nie trafić do celu, zejść ze ścieżki miłości) co zdarza mi się bardzo często...

No kiedy już poproszę a proszę o grube sprawy i pierdoły, dopowiadam Niech się dzieje wola Twoja. Dopowiadam i staram się tej zasady trzymać w życiu. Nie będę się rozpisywał o tym było sporo przy okazji innych kroków jednak dopowiem tylko że Bóg to wspaniały, kochany rodzic. Tak bardzo mnie i każdego z nas kocha i szanuje że pozwoli wejść w każde łajno, każde doświadczenie. Jednak też tak bardzo kocha i szanuje że wszystkiego mi nie da.

Podam analogię, moja córka ma 9 i pół roku, jeżeli poprosi mnie o kanapki to czasami zrobię a czasami pełen miłości odpowiem: nie chce mnie sie, zrób so sama ;-) jest na tyle dojrzała że nie obawiam się o nią kiedy posługuje się nożem w kuchni. Kiedy miała trzy latka i mówiła : tato, tato, daj mi nuś (nóż) oczywiście odpowiadałem nie!

Bóg również wie co jest dla mnie dobre w danym momencie i czasami na moje prośby mówi nie. Trzeba pokory żeby to zaakceptować, w przeciwnym razie będę tupał nogami jak rozkapryszony bachor, co mi się zdarza na szczęście już nie tak często :-)

Modlitwa to dla mnie rozmowa z Siłą Wyższą, która często daje mi znaki w prawdziwym życiu. Nie jest tak że swędzi mnie lewe kolano a ja myślę co mi Wielki chce powiedzieć. Nie jest też tak że objawia mi się na chmurce... Ale na przykład w różnych tekstach, zdaniach, sytuacjach czy ludziach daje o sobie znać. Czasami baaaardzo wyraźnie o czym też już pisałem.

Jak łączyć modlitwę i medytację?

Poniżej jest kilka tekstów chrześcijańskich i nie tylko. Wszystkie są moim zdaniem genialne. Postaraj się spokojnie delektować każdym zdaniem. Rozkładać je na czynniki pierwsze zawsze odnosząc je do siebie, do swojej osoby, do własnego życia.

Ważna rzecz. Są one bardzo dużym wyzwaniem, na przykład ten trzeci "Jeżeli zdołasz" jest chyba  odbiciem samego Stwórcy, czystej miłości. Ja odnajdę się może w jednym, dwóch zdaniach. Mógłbym dostać frustracji i porzucić to wszystko bardzo szybko... Daleki jestem od ideału.

Druga sprawa, w Biblii pojawia się tekst o soli dla ziemi. Nie ważne jak bardzo by się starać, kawałek ziemi gdzie jest sól jest taki że nic tam nie wyrośnie. Teolodzy twierdzą że my mamy w sobie takie coś. Nie ważne jak się starasz, nie ważne jak prosisz. Bóg nie zabierze Ci jakiejś wady tylko po to byś przy nim był. To wspaniała nowina! Nie dość że mnie kocha to jeszcze z wadami.

Oczywiście nie chodzi o to by trwać świadomie w wygodzie tych wad.
Po prostu dopóki idziesz w kierunku miłości jesteś zwycięzcą i to nie ważne że czasami rozglądasz się na boki, że czasami dajesz krok na przód a dwa w tył. Dopóki idziesz w stronę światła wygrywasz.

Dość teorii, odpręż się, skup i módl się medytując nad każdym zdaniem :-)

Czy tę najpopularniejszą modlitwę wnoszę również w praktyce w życie codzienne?

Ojcze Nasz (Modlitwa Pańska)

Ojcze nasz, któryś jest w niebie

święć się imię Twoje;

przyjdź królestwo Twoje;

bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi;


chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj;


i odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom;


i nie wódź nas na pokuszenie;
ale nas zbaw od złego.


Amen. 



Jak bardzo ta modlitwa jest mi bliska w codziennym życiu?

Modlitwa św. Franciszka z Asyżu
Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju
Abym siał miłość tam, gdzie panuje krzywda
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz
Światło tam, gdzie panuje mrok
Radość tam, gdzie panuje smutek
Spraw abym mógł
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać
Nie tyle szukać zrozumienia, co innych rozumieć
Nie tyle szukać miłości, co kochać
Albowiem, dając – otrzymujemy
Wybaczając – zyskujemy przebaczenie
A umierając – rodzimy się do wiecznego życia.

Czy jestem podobny do tego człowieka?


      Jeżeli zdołasz zachować spokój, 
      chociażby wszyscy go stracili, ciebie oskarżając;
        Jeżeli nadal masz nadzieję, chociażby wszyscy o Tobie zwątpili, 
        licząc się jednak z ich zastrzeżeniem;
      Jeżeli umiesz czekać bez zmęczenia, 
      jeżeli na obelgi nie reagujesz obelgami, 
      jeżeli nie odpłacasz na nienawiść nienawiścią, 
      nie udając jednakże mędrca i świętego;
        Jeżeli marząc - nie ulegasz marzeniom; 
        Jeżeli rozumując - rozumowania nie czynisz celem;
      Jeżeli umiesz przyjąć sukces i porażkę, 
      traktując jednakowo oba te złudzenia,
        Jeżeli ścierpisz wypaczenie prawdy przez Ciebie głoszonej, 
        kiedy krętacze czynią z niej zasadzkę, by wydrwić naiwnych 
        albo zaakceptujesz ruinę tego, co było treścią twego życia, 
        kiedy pokornie zaczniesz odbudowę zużytymi już narzędziami;
      Jeśli potrafisz na jednej szali położyć wszystkie twe sukcesy 
      i potrafisz zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę, 
      jeśli potrafisz przegrać i zacząć wszystko od początku, bez słowa, 
      nie żaląc się, że przegrałeś;
        Jeżeli umiesz zmusić serce, nerwy, siły, by nie zawiodły, 
        choćbyś od dawna czuł ich wyczerpanie, 
        byleby wytrwać, gdy poza wolą nic już nie mówi o wytrwaniu;
      Jeżeli umiesz rozmawiać z nieuczciwymi, nie tracąc uczciwości 
      lub spacerować z królem w sposób naturalny,
        Jeżeli nie mogą Cię zranić nieprzyjaciele ani serdeczni przyjaciele; 
        Jeżeli cenisz wszystkich ludzi, nikogo nie przeceniając;
      Jeżeli potrafisz spożytkować każdą minutę, 
      nadając wartość każdej przemijającej chwili;

      Twoja jest ziemia i wszystko, co na niej 
      i co - najważniejsze - synu mój - będziesz Człowiekiem.

Jak bardzo moje życie przypomina Deziderate?

  Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu - pamiętaj jaki pokój może być w ciszy. Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść. Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

     Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna. Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu. Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach - świat bowiem pełen jest oszustwa. Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

     Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa. Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości. Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

     Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

     Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą. Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.



Kiedy los wywraca się do góry nogami, kiedy uważasz że Bóg jest nie sprawiedliwy:

Może to dobrze, a może to źle?



Kiedyś żył sobie pewien farmer, który uprawiał ziemię. Pewnego dnia przyszedł do niego sąsiad i powiedział:
- Zobacz! Twoje pole zostało stratowane, mnóstwo plonów jest zniszczonych. Źle się dzieje sąsiedzie.
Farmer odpowiedział na to ze spokojem:
- Może to i źle, może to i dobrze.

Następnej nocy farmer wysłał na pole swojego syna, aby ten zbadał sprawę i dowiedział się co lub kto powoduje takie straty. Syn zaczaił się w krzakach i zobaczył, że powodem strat jest piękna klacz! Pochwycił ją więc i przyprowadził do stodoły. Wszyscy we wsi mu zazdrościli:
- Jakże pięknego konia Pana syn złapał! Pan to ma szczęście!
Farmer skwitował to mówiąc:
- Może to i dobrze, może to i źle.

Po kilku tygodniach koń uciekł i zniknął gdzieś w lesie. Sąsiedzi znów to skomentowali:
- Pan to ma pecha, teraz ani porządnych plonów, ani konia. Trzeba było go lepiej pilnować!
Farmer spokojnie odpowiedział:
- Może to źle, a może to dobrze?

Nazajutrz klacz powróciła do właściciela, tym razem jednak za nią przybył też zwabiony jej urokiem potężny ogier!
- Pan to ma szczęście! Teraz masz Pan dwa konie, jesteś bogaty!
- Może to i dobrze, a może to i źle.

Syn farmera postanowił ujeździć ogiera, ten jednak nieprzywykły do siodła stanął dęba i zrzucił chłopca na ziemię. Pech chciał, że chłopak złamał nogę i nie mógł pracować. Sąsiedzi zbiegli się przerażeni:
- Tyle cierpienia w tym domu! Taki pech! Co wam po koniu, jak chłopak ma teraz nogi połamane?
Farmer wzruszył ramionami:
- Nie wiem czy to dobrze, czy to źle.

Wkrótce potem wybuchła wojna i król zażądał, aby wszystkich młodych mężczyzn wcielić do wojska. Gdy przybyła komisja poborowa zabrali wszystkich chłopców, oprócz syna farmera, który miał złamaną nogę. Sąsiad na to:
- Wy to macie szczęście. Moich synów zabrali i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek ich zobaczę, a Pana dzieci w spokoju w domu siedzą.
- Może to i dobrze, może to i źle.

Kiedy się dołujesz, kiedy się nakręcasz:

Pewnego wieczoru stary Indianin z plemienia Cherokee opowiadał swojemu wnukowi o walce, która toczy się w jego wnętrzu.
Powiedział:
"To walka pomiędzy dwoma wilkami.
- Jeden z nich jest zły: złość, żal, pretensje, pazerność, arogancja, poczucie winy, kłamstwa, zawiść, nieuczciwość, rozczulanie się nad sobą, pycha, wygórowane lub zbyt niskie poczucie własnej wartości, ego...
- Drugi jest dobry: radość, pokój, tolerancja, miłość, nadzieja, troska o innych, życzliwość, empatia, hojność, prawda, współczucie i wiara".

Wnuk chwilę się nad tym zastanawiał, w końcu zapytał: "Który wilk wygrywa?".
Stary Indianin odpowiedział po prostu:
"Ten, którego karmię".


Na koniec przeczytaj ten artykuł : Czytasz ale po co?

środa, 2 listopada 2016

12 kroków AA, krok dziesiąty "Prowadziliśmy nadal obrachunek moralny z miejsca przyznając się do popełnionych błędów"


Pixabay

W naturze występują dwa rodzaje kacu, kaca (jak się to właściwie odmienia?)

Kac fizyczny, znany chyba wszystkim czytelnikom tego bloga... Jak również kac duchowy, inaczej jak nazywa się go AA kacem uczuciowym a w terapii emocjonalnym. Ten drugi, kac moralny jest znany na pewno wszystkim czytelnikom tego bloga.

Co jest jego powodem? O ile zwykły kac to objawy zatrucia (przedawkowania) alkoholowego to kac moralny jest objawem naszych rozbujanych emocji. Zawsze tych nieprzyjemnych czy też złych, emocji, uczuć i najważniejsze zachowań.

Alkoholik pije bo ma problemy, ma problemy bo pije. To jest błędne koło gdzie mieszanką paliwową są wyrzuty sumienia i alkohol. Ta mikstura zawsze sprowadza ludzi na manowce.

Co jest najlepsze na kaca fizycznego? Oczywiście klin "Czym się zatrułeś tym się lecz" Rzecz jasna to najgorsze wyjście! Przynosi szybko efekt który jest jednak krótkotrwały i nie prawdziwy.

Co jest najlepsze na kaca moralnego? Użalenie się nad sobą... Przynosi to krótkotrwałą ulgę ale nie rozwiązuje problemu / źródła smutku.

Mój dziadek mówił że najlepszym lekarstwem na kaca jest dzień wcześniej nie pić :-)
Jeszcze do połowy 2009 roku była to dla mnie jakaś abstrakcja. Dzisiaj wiem że miał racje ;-)

Kac moralny jest taki sam, najlepszym lekarstwem na niego jest dzień, godzinę czy jeszcze mniej nie hodować i nie pielęgnować w sobie nieprzyjemnych uczuć, emocji i myśli. Oczywiście należy zacząć od tych ostatnich bo na nie mamy największy wpływ, reszta jest skutkiem przyczyny...

Tak naprawdę dopiero od tego kroku zaczynasz dzień po dniu czytać książkę którą jesteś Ty sam. Nie jest to łatwe, zwłaszcza na początku ale jak się przekonasz konieczne. Oczywiście nie ma się co zniechęcać, po jakimś czasie wchodzi to w krew i nie zauważasz już "przymusu" analizowania siebie a korzyści z tego płynące przyćmiewają wszystkie jego "wady".

Jak zacząć? Na początek może to być raz w tygodniu (rzadziej odpada bo nie będziesz pamiętał całego miesiąca) Znajdź sobie jeden dzień tygodnia w którym możesz usiąść sam, bez radia i tv z wyłączonym telefonem.

Przeleć w myślach tydzień, zbadaj to co Cię zezłościło a co uszczęśliwiło. Zadawaj sobie pytania "Dlaczego tak się zachowałem?" , "Czy mogłem zrobić coś inaczej, czy może powinienem nic nie robić?". Zawsze staraj się wczuć w rolę innej osoby ( tu akurat Panie mają znaczną przewagę nad mężczyznami, taka Wasza natura :-) )

Badaj czy nie ulegasz racjonalizacji, usprawiedliwianiu się itd. Kto jak kto ale osoby uzależnione świetnie potrafią się wybielać. Tego należy się wystrzegać, bo albo staniesz w miejscu albo zawrócisz (w sumie to jedno to samo)

Kolejną rzeczą na jaką należy uważać przy usprawiedliwianiu się jest nazywanie własnego gniewu usprawiedliwionym. Teraz coś nowego : NIGDY NIKT CIĘ NIE ZDENERWOWAŁ, TO TY SAM SIĘ ZDENERWOWAŁEŚ. Więcej na ten temat pod tymi linkami:

Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi? Czyli po co mi wredny sąsiad?

Jak uczyć się na błędach? Czyli co robić kiedy wszystko się wali?


Na podsumowanie jeszcze dwie sprawy, analizy dokonuj na początku raz w tygodniu, później w sposób dość naturalny będziesz ją robił co wieczór podczas modlitwy i medytacji. Jeszcze później z miejsca  lub z małym opóźnieniem będziesz szukał odpowiedzi, dlaczego tak a nie inaczej się zachowałeś. Jest to niezwykle ważne bo bez wglądu w siebie Twoje życie jest dziełem nie świadomych zdarzeń które nazywasz pechem...

Druga sprawa, kiedy wejdzie Ci w krew analiza własnych motywów i zachowań odkryjesz masę pozytywów z tego płynących. Staniesz się bardziej lubiany, życie Ci się zacznie układać, może i awans lub podwyżka. Naprawdę, zacznie się dziać dużo dobrego w Twoim życiu jeżeli będzie ono pokorne. Po pewnym czasie może się pojawić przekonanie że to wszystko Twoja zasługa... Mi się takie coś pojawiło i pojawia do tej pory. Bywam paskudnie pyszny i jak się na tym złapie to za głowę się chwytam...

Rozwój osobisty i jego owoce były pożywką dla mojego ego jednak w środku czułem się nadal pusty. Z wielkim trudem około roku temu przyznałem że to zasługa bardziej Boga niż moja. Wszystko a więc trzeźwość, rodzina i sukcesy są jego zasługą. Porażki są wtedy kiedy chcę żyć po swojemu. Trąca fanatyzmem? Może tak, a może to Twoje ego nie chce oddać chwały Sile Wyższej? Przemyśl to :-)

Ja próbowałem wszystkiego i to okazało się najlepszym rozwiązaniem by pokorne zachowanie było częścią mojego życia a nie tylko środkiem do pompowania własnych ambicji.

Miłego :-)

poniedziałek, 17 października 2016

12 kroków AA, krok dziewiąty: "Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych."

Pixabay




W poprzednim kroku zrobiłeś listę długów jakie zaciągnąłeś u innych ludzi. Długów czyli krzywd które trzeba spłacić. Niech Cię nie przeraża to zbytnio. Części z nich nie da się już spłacić chociażby dlatego że ktoś nie żyje ale o tym później.

Jest przypowieść o małpie która zobaczyła ryby pływające w wodzie. Rzuciła się do potoku, powyciągała je z wody i położyła na rozgrzanym od słońca kamieniu. Po czym usiadła na drzewie i dumna z siebie powiedziała, uratowałam Was głupie przed utonięciem...

Ważne, niezwykle ważne byś podczas zadośćuczynienia pamiętał o tym by nie być jak ta małpa. Czasami w najlepszej wierze bardziej szkodzimy niż pomagamy. Czasami robią to rodzice, wszyscy rodzice włącznie ze mną. Nie mamy wyczucia, nie znamy sytuacji. Brakuje nam czasami empatii i poznania związków przyczynowo skutkowych. Te wszystkie cechy są niezwykle ważne w tym kroku.

Ogólnie pierwszy raz zadośćuczyniłeś już w momencie przyznania bliskim o swoim problemie z alkoholem, zadośćuczyniłeś z większą mocą kiedy podjąłeś wyzwanie trzeźwego życia. Zadośćuczyniłeś i zadośćuczynisz za każdym razem kiedy nie popełnisz tego samego błędu po raz enty...Jednak na tym nie koniec, prawdziwe życie to coś więcej.

W pierwszej kolejności powinieneś zacząć od osób najważniejszych. Które to? Te najbardziej poranione lub/i te z którymi teraz dużo przebywasz. Zakładam że oba kryteria spełnia rodzina, żona/mąż, dzieci. Takie przeprosiny i zadośćuczynienie zbudują świetny fundament pod dalsze relacje. Ważne, nie bądź jak małpa. Jeżeli zdradziłeś żonę czy męża a ona/on kompletnie się nie domyśla to odpuść sobie to wyznanie. Zrobisz więcej szkód niż to warte. Najlepszym odpracowaniem tego długu będzie dbanie o wasz związek. Przeproś wówczas Boga, siebie oczywiście żonę i tę osobę w modlitwie i medytacji.

Jeżeli okradłeś firmę w której pracujesz to nieroztropnie było by powiedzieć o tym przełożonym czy współwłaścicielom. Od dzisiaj staraj się robić wszystko by firma zyskała dochody.

Pamiętaj też że każde przeprosiny i próby zadośćuczynienia są silne emocjonalnie, to nie to samo co pisanie na kartce. Nie bądź dla siebie zbyt pobłażliwy ale bądź ostrożny. Twoja abstynencja jest najważniejsza bo ona sama w sobie jest najważniejszym (choć nie jedynym) zadośćuczynieniem.

Podczas pierwszej rozmowy możesz zacząć od stwierdzenia że wiesz co narobiłeś, że postarasz się jak będziesz umiał zwrócić długi materialne czy duchowe. Nie musisz wracać do strasznych wspomnień.

U niektórych osób rany są jeszcze otwarte i tam delikatnie warto je wyleczyć w konkretny sposób. Tam gdzie rany się zabliźniły wystarczy pokorne przyznanie się do przewinień.
Zadośćuczynienie to nie żebractwo, stój w prawdzie (czytaj pokorze) jak mój idol ;-) Jezus powtarzał "Prawda Cię wyzwoli" napisz sobie to gdzieś gdzie będziesz zaglądał od czasu do czasu.

Ważne byś pamiętał że blizny zostaną na zawsze, jednak niech są one dla Ciebie i osoby pokrzywdzonej pewnym przypomnieniem by nie wracać do tego starego życia. Blizny nie mogą być dla Ciebie katem a dla pokrzywdzonego orężem. Przeprosiny idą w parze z wybaczeniem. Jeżeli przeprosisz i wybaczysz sobie i komuś to uszczypliwości związane z Twoją przyszłością nie ruszą Cię wcale lub tylko trochę.

Jeżeli ktoś zmarł, możesz przeprosiny napisać w liście, pójść na cmentarz i na grobie je spalić. To naprawdę pomaga, tylko nierób tego 1 listopada bo będziesz mieć straż miejską na głowie ;-)

Najważniejsze na koniec. Nie śpiesz się! To proces na całe życie! Jednak pamiętaj też o tym że zwykły strach może objawiać się pod najwspanialszymi słowami... tłumaczenia się że to nie jeszcze czas dla Ciebie lub pokrzywdzonej osoby...

To może się przydać:
Dwa tygodnie które zmienią Twoje życie. Czyli jak przeprosić, jak wybaczyć.

Miłego, Sylwek

sobota, 10 września 2016

Krok ósmy : "Zrobiliśmy listę osób, które skrzywdziliśmy i staliśmy się gotowi zadość uczynić im wszystkim"

św.Mikołaj

Dlaczego św.Mikołaj? Dowiesz się za chwilę :-)

Podstawowym elementem tego kroku jest spojrzenie w przeszłość. Robiłeś już rachunek w poprzednich krokach, wyznałeś błędy sobie, Bogu i drugiemu człowiekowi. Teraz jednak trzeba zrobić to jeszcze raz. Nie jest to bezcelowe, ten krok jest zamknięciem przeszłości.

Wiesz, nigdy nie wnosimy do życia takich zmian jak w prawdziwym życiu. To znaczy że realne wybaczenie i przeproszenie jest znacznie silniejsze niż scenariusz zagrany w umyśle.
Oczywiście w tym kroku skup się wyłącznie na liście.

Jak wspomniałem, ten krok to zamknięcie przeszłości. To nie znaczy zapomnieć, wielu ludzi stawia sobie nie realne do spełnienia cele w ten sposób. Poddają się po kilku miesiącach twierdząc że to nie możliwe. To oczywiste że to nie możliwe. Z resztą to taki nasz system zabezpieczeń odpowiedzialny za naukę na błędach :-) Bywa że ktoś celowo próbuje zapomnieć ale to nie działa. Sam boję się pewne rzeczy przerobić, racjonalizuje a w tym jestem bardzo dobry... Jednak w określonych sytuacjach i tak wszystko wyłazi... Więc jedyna droga to zamknięcie przeszłości przez pracę nad sobą.

Najważniejsze, zamknąć znaczy nie wracać do niej. Celowe zapominanie to też nie wracanie do niej jednak przypomina to zamknięcie szafy z rozwalonymi półkami. Nie otwierasz jej bo się boisz że coś Ci wypadnie na głowę i że ktoś zobaczy jaki tam masz bajzel.
Po za tym i tak Cię skubie świadomość że wygląda tam jak po Sodomie i Gomorze ;-)

Przerobiona przeszłość to szafa z całymi półkami i poukładanymi ciuchami którą otwierasz kiedy na prawdę potrzebujesz bo w innym wypadku nie ma po co. Może pewne rzeczy leżą stare i zniszczone ale są ułożone, nie masz wyrzutów sumienia z powodu bałaganu a i nowych ciuchów przybywa...

Jak to było u mnie? Kiedy zaczynałem terapię trafiłem do grupy zadaniowej gdzie przerabiałem przeszłość pod różnymi kontami. Praca, rodzina, życie w społeczeństwie, wartości itd. Tam zderzałem się z konsekwencjami swojej choroby. Pierwszy raz na trzeźwo. Jednak w porównaniu z tym co było później to pierwsza część miała na celu utożsamienie mnie z uzależnieniem. Tak żebym nie pomyślał że moje chlanie było normalne. Na tym etapie są ludzie którzy twierdzą że w tym momencie robi się z nich alkoholików.
Cóż... Po pierwsze, to czemu w ogóle trafili na terapie uzależnień a nie na przykład do klubu szermierskiego albo kółka różańcowego, po drugie ich życie po czasie nie wygląda najweselej...

Więc u mnie w terapii krok ten nazywał się "Poczucie winy" był to piąty z sześciu i najdłuższy z maratonów jakie mnie spotkały. Trwał cztery dni gdzie przez dwa pisaliśmy jota w jote co się komu przypomniało. Przez dwa kolejne symulowaliśmy przeprosiny na żywo. O tym jednak będzie później. Na zachętę powiem Ci że było ciężko, czułem dosłownie fizyczny ciężar na sobie który przeszedł po jakimś tygodniu.

Zacząłem się obwiniać że jestem nic nie wart, że nie zasługuje na wybaczenie że jestem zły. I bum! Eureka! Naszła mnie analogia. Alkoholizm to choroba a jego konsekwencje to hospitalizacja. To mnie nie zwalnia z odpowiedzialności, jako chory mam zasrany obowiązek iść się leczyć i nie zatruwać innych! Jednak zrozumiałem że ja z natury nie jestem zły, to konsekwencje mojej choroby powodowały że tak się zachowałem. Jeszcze raz, odpowiadam za wszystko ale nie jestem zły! Zakuty łeb który nosiłem na szyi to szpital. Kiedy poddaje się leczeniu z czasem wychodzę ze szpitala a pobyt w nim (konsekwencje i zakuty łeb ;-) Pamiętam jako przestrogę na przyszłość by za chwilę znowu nie wpakować się do szpitala.

Uważam że nie ma przeprosin bez wybaczenia. To jest transakcja wiązana! Jeżeli sam nie wybaczę, nigdy szczerze nie przeproszę! Nie ma szans! Nawet modlitwa "Ojcze nasz" to sugeruje.
"Panie, wybacz nam nasze winy, jako i my wybaczamy naszym winowajcom"
Przeprosiny są trudne dla naszego ego, przeprosić znaczy przyznać się do błędu, ujrzeć siebie w prawdzie. To jest pokora.

Ego z kolei to pycha która nie rzadko za wszelką cenę musi mieć rację, nie lubi się mylić i przyznawać do pomyłki. Więc przeprosiny są trudne nie tyle dla Ciebie a dla Twojej pychy. Oczywiście że robiłem rzeczy o których dziś myśląc, każda komórka mojego ciała łapie się za głowę mówiąc "Ty idioto"... ;-) Więc wstyd jest naturalny, jednak nie mam problemu żeby dać tego świadectwo, może nie tu, na forum ale w mniejszych grupach owszem (mam jeszcze rodzinę której chcę darować komentarzy ludzi "idealnych"... ;-) )

Wybaczyć natomiast to oddać dług. Jeżeli kogoś krzywdzę to zaciągam od tej osoby ogromny kredyt zaufania, cierpliwości, wierności itd. Wiesz że gorszy od każdej chwilówki i bociana jest kredyt wdzięczności... Prawdę mówiąc nie jest on do spłacenia dopóki nie rozprawimy się z przeszłością.
Stąd też wybaczyć to puścić naszego winowajcę/dłużnika wolno, nie wspomnieć mu przeszłości gdy nie zatańczy do naszej muzyki... Znajome co? Sądzę że każdy z nas po za popełnionymi winami ma takich dłużników.
Z resztą jako alkoholicy jesteśmy na ogół bardzo poranieni, nie pijemy żeby było nam wesoło ale żeby dało się jakoś ze sobą wytrzymać. To oczywiście nas zobowiązuje a nie zwalnia z odpowiedzialności.

Wybaczyć można najszybciej przez empatię. To już grubo dla naszego ego, pomodlić się za winowajcę albo wczuć w jego rolę... Trudny temat ale możliwy, natomiast owoce wybaczenia... niewyobrażalne :-)

Przytoczę Ci historię o św.Mikołaju...

Na zdjęciu do tego artykułu jest św.Mikołaj który trzyma w dłoni trzy złote kulki a pod nim jest trójka dziewcząt. Jak zapewne wiesz, Mikołaj pochodził z bogatej rodziny i rozdawał prezenty ubogim. Dzisiaj mówimy dzieciom żeby były grzeczne bo nie dostaną prezentów. Otóż bzdura! Mikołaj nie dawał prezentów grzecznym dzieciom! Te trzy dziewczynki były córkami sąsiada które z biedy oddawały się na ulicy. Mikołaj nie mogąc na to patrzeć chodził do nich i każdej dał po złotej kuli by zaczęły inne życie! To jest empatia!

Faktem jest że potrafimy oceniać bardziej niż rozumieć. Prostytutki, bezdomnych i cały pozostały margines. Ktoś kto przeżył piekło jest bardziej wyrozumiały ale większości z nas nie stać na pytanie dlaczego ta osoba tam jest!? Ważne że jest i w tym tkwi, ale jakie miała dzieciństwo, jaka była jej młodość, o to nikt lub prawie nikt nie pyta. A z doświadczenia wiem że było piekło a nie dzieciństwo, młodości nie było bo trzeba było dbać o to by żyć...

Więc jeżeli ktoś Cię poranił i wszystko jedno czy kolega z klasy czy rodzice, zastanów się proszę jakie było ich życie. Piekło nie usprawiedliwia ich ale pomoże Ci ich zrozumieć. Więc pomyśl tak by ich zrozumieć a nie ocenić. Wiem że to trudne ale to i tak najłatwiejsza droga do wybaczenia.

Z drugiej strony, pomyśl czy może Twoje zachowanie nie przyczyniło się do tego że Ci się dostało.
Oczywiście ważne byś widział prawdę, nie masz się obwiniać za wszystko! Ale być może stałeś się przyczyna skutku? Ja na przykład kiedy patrzę dzisiaj na siebie z przed lat to nie dziwię się że wywoływałem zirytowanie wśród niektórych kolegów. Oczywiście byli tacy którzy widząc słabe ogniwo mieli ubaw... Jednak i ja nie mając własnego zdania, nierzadko ustawiając się z wiatrem i będąc dwulicowym i fałszywym dupkiem wywoływałem złość...Agresji nic nie usprawiedliwia jednak do pieca dokładałem...

Jeszcze raz! Agresji w jakiejkolwiek formie nic nie usprawiedliwia! Jednak nie obwiniając wyłącznie innych ani też wyłącznie siebie za to co się wydarzyło w moim życiu dotarłem do prawdy z przeszłości, wybaczyłem a dzięki temu udało mi się w dużej mierze zamknąć przeszłość (czytaj ułożyć i zostawić)

Więc zostawiając już na chwilę wybaczenie skup się na krzywdach. Czym jest krzywda? Jak mówi książka 12 kroków AA, krzywdzenie innych to narażenie na cierpienie fizyczne, psychiczne i duchowe.

Jak zrobić taką analizę? Po pierwsze nie racjonalizuj, kiedy się wyciszysz i przestaniesz bać własnych myśli sumienie Ci podpowie co i jak.

Często skupiamy się na krzywdach fizycznych, kiedy ktoś kogoś bił. Jest całe multum alkoholików którzy nigdy nie uderzyli nikogo! Jednak czy są lepsi? Nie są! Mimo że przemoc fizyczna jest już skrajna to przemoc psychiczna zostawia równie mocne rany. Czasami sobie myślę że jeszcze mocniejsze rany. Różne komentarze w stylu Do niczego się nie nadajesz, znowu Ci nie wyszło. Jesteś nikt, jesteś... itd bolą równie co uderzenie, sądzę że bolą dłużej. Życie w chronicznym strachu to coś co zostaje na długo. Czasami bez pomocy terapii nie da się funkcjonować.

Jednak w obu przypadkach skupiasz się na tym co zrobiłeś. Ważnym elementem są krzywdy duchowe które są według mnie najbardziej trwałe. Jak się robi krzywdy duchowe? Ja uważam że ich się właśnie nie robi. Nie skupiasz się na tym co zrobiłeś a tym czego nie zrobiłeś i na ogół chodzi o Twoją obecność a właściwie jej brak. Jako ojciec lub matka, jako brat czy siostra. Jako syn i córka.

Jakim byłeś lub nie byłeś sąsiadem, współpracownikiem, szefem czy podwładnym. Co Tobą motywowało w relacjach z innymi. Czy byłeś w nich szczery?

Oczywiście nie masz przerysować swoich i cudzych wad. Zakładam że część z nich jest urojona i kryją się pod fałszywą pokorą.  Maksymalnie na zimno, zrób taki rachunek sumienia. Genialnym punktem odniesienia jest Hymn o miłości św.Pawła lub List do syna Rudyard Kipling.

Pamiętaj, pisząc krzywdy poznawaj prawdę o sobie i o innych. Wybaczaj sobie i innym to da Ci silne podłoże by przeprosić.

Sylwek

środa, 10 sierpnia 2016

12 Kroków AA, Krok siódmy: "Zwróciliśmy się do Niego w pokorze aby usunął nasze braki"

Pixabay


Jak ja długo się zbierałem żeby ten krok napisać... Czy jest on jakiś trudny? Czy jest on bardzo głęboki? Czy jest on sensem życia? Cóż, tak się długo zbierałem żeby go napisać, ponieważ... są wakacje ;-D To lecimy ;-)

Hmmy, jakbym zklecił kilka starych artykułów do kupy to byłby świetny materiał do tego tematu, jednak tego nie zrobię dla zasady. Po prostu podstawy tego kroku przewijały się na blogu wielokrotnie dlatego że 12 kroków to świetny program duchowy i rozwijając się nawet z innej ścieżki w końcu i tak się trafi na ten program, bezpośrednio lub pośrednio. Po prostu są pewne uniwersalne prawa które i tu się przejawiają.

Po pierwsze pokora. Pisałem na jej temat dużo. Ale jeszcze raz i króciutko:

MIT: Pokora to uległość, to samobiczowanie, to wyrzeczenie się jakichkolwiek dóbr, to naiwność.

FAKT: Pokora to odwaga, to przed wszystkim umiejętność widzenia siebie w prawdzie! To życie w pozycji nie na kolanach, ale też nie na palcach. Ilu z nas w praktyce charakteryzuje się pokorą? Prawie nikt! Kiedy mam pogodę ducha to pokora jest jakby naturalnym stanem mojego istnienia. Kiedy na różne możliwe sposoby odbieram sobie spokój pycha wyłazi ze mnie każdym otworem...

Nie umiem wtedy przyznać się do błędu, wkurzam się jak mi ktoś zwraca uwagę, próbuję sobie przedłużyć wacka autem, domem, tytułem przed nazwiskiem, smartfonem i innymi dobrami.
Lub też z drugiej strony, uważam się za nic, sądzę że do niczego się nie nadaję, że żona mnie zaraz kopnie w cztery litery, że jestem nie lubiany i trudno ze mną żyć. Że jestem nic nie wart i nikomu nie zależy na mnie.

Znajome?
Powiem tak, na szczęście, coraz rzadziej czuje stan pychy co nie znaczy że bardzo rzadko. Oczywiście pycha zostanie ze mną do końca życia bo ego jest wryte w każdą komórkę ciała, jednak bez świadomości jego istnienia i bez najmniejszej jego kontroli życie zamienia się w piekło. Nie bez powodu egoizm jest pierwszym grzechem i za nie zły wyleciał z Niebios.

No bo każdy grzech, każdy! Pycha, chciwość, pożądliwość, zazdrość, obżarstwo, gniew i lenistwo (tu siedem głównych) mają swoje źródło w JA. Ja chcę, kasy, kobiet/mężczyzn. Ja chcę tego co ty masz, chcę się objeść, jestem zły kiedy nie mogę mieć tego czego chcę. Mi się nie chce, bo się boje, bo jestem leniwy.
Jak widzisz, wszędzie jest JA, JA, JA. Zawsze na pierwszym miejscu JA.

Stąd istotne by chociaż mieć na uwadze jego istnienie, w przeciwny razie Twoje, moje czy czyjekolwiek życie będzie dziełem popędów a dążenie do spokoju, szczęścia i miłości w najlepszym wypadku będzie na chybił trafił.

Więc pokora to podstawa, oczywiście nie można popaść w drugą skrajność, naiwność, uległość itd. Jednym z podstawowych narzędzi do trenowania pokory jest prawdomówność, odpowiedzialność, odwaga. Na tych cechach warto się skupić by rozwijać w sobie pokorę.

Bla, bla, bla. No i niby po co to wszystko?! 

Żebyś się nie zabił dosłownie lub w przenośni a jak prawie to zrobisz żebyś się nauczył czegokolwiek.

Pokora to ostatnie koło ratunkowe. Gdybym nie zdobył się na najmniejsza dawkę pokory nigdy bym nie przestał pić a biorąc pod uwagę jak żyłem to albo bym siedział albo bym nie żył i to już dawno.
To dzięki pokorze zdobyłem się na to by spojrzeć na odbicie w lustrze tak jakim jest.

Nie widziałem człowieka który sobie świetnie radzi w życiu bo tak nie było, nie widziałem też skończonego drania bo bym poszedł dalej pić. Widziałem kurewsko zagubionego faceta którego jednak nic nie usprawiedliwia. Dlatego przestać pić to jedno, zrobić ze sobą porządek to już inna sprawa...

Sytuacji w których pokora była dla mnie jedynym ratunkiem było jeszcze kilka. Ale już mniejsza o nie, sądzę że wiesz o co chodzi.

Kolejną sprawą która dotyczy każdego stąpającego człowieka po ziemi jest pokora jako narzędzie nauki. Weź taki przykład.

W szkole napisałeś egzamin z bykami. Nie jakaś zemsta nauczyciela a oczywiste błędy! Bywa, życie. Kiedy się czegoś nauczysz? Jak obwinisz cały świat za to czy jak weźmiesz porażkę na klatę i przekujesz ją w doświadczenie i mądrość?
No logiczne że tylko po przez pokorę można się czegokolwiek nauczyć.

Dotyczy to również dzieci, kiedy jako dziecko jechałeś pierwszy raz rowerem i wywaliłeś się na nim a rodzic chciał Ci pokazać jak masz jechać by się nie obalić to co? Foch na mamę, tatę i powrót z rykiem do domu sprawiły że się nauczyłeś? Czy może jednak skorupa egoizmu trochę pękła i wpuściła odrobinę światła pokory, posłuchałeś rad i się nauczyłeś jeździć?

Dorosłe życie jest takie samo! Bieda z nędzą w domu a ty jesteś zły na cały świat za to? Wkurzasz się jak Ci ktoś zwraca uwagę zamiast wziąć się do roboty? Kiedy coś w Twoim życiu się zmieni?

Spałeś z koleżanką i ona zaszła w ciąży (jakby ktoś kurna od spania zachodził w ciąży...)
Kiedy staniesz się mężczyzną? Jak uciekniesz w podskokach czy jak weźmiesz ojcostwo na klatę? No co tygrysie, kiedy?

Są to dość skrajne ale nie obce przypadki. Pokora i nauka z niej wynikająca bywa bardzo subtelna. Na przykład idziesz do urzędu coś załatwić i ludzie są dla Ciebie nie mili. Kiedy szybciej coś załatwisz? Jak rozedrzesz ryja czy jak z uśmiechem na twarzy powiesz, proszę pana, proszę pani, proszę mi pomóc i to wytłumaczyć? Oczywiście czasami trzeba ręką w stół pieprznąć ale są to ekstremalne przypadki.  Więc pokora i jeszcze raz pokora.

Bo wielkie dobro w bólach się rodzi, jest takie przysłowie. Oczywiście jest ono ogólne bo wcale tak nie musi być. Mówi się że człowiek uczy się na błędach.
Powiem tak, większej bzdury nie słyszałem. Człowiek w ogóle nie uczy się na błędach, ludzie to nie stabilne emocjonalnie, egoistyczne i zadufane w sobie istoty. Całymi latami, całymi wiekami popełniają te same błędy!

Człowiek pokorny, ten uczy się na błędach. Uczy się bo jest w stanie wziąć odpowiedzialność za porażkę i wyciągnąć z niej wnioski. Pomyłkę traktuje jako drogę do celu! Ktoś kto nie ma zamiaru spojrzeć na swoje wady i błędy nigdy niczego w swoim życiu nie zmieni! Tu znowu kłania się najbardziej podstawowy grzech, pycha! To ten kawałek który ma każdy człowiek jest odpowiedzialny za wszelkie problemy w Twoim życiu. Ten kawałek pozostawiony bez świadomości i kontroli.

Przez pychę udajesz kogoś kim nie jesteś, stąd boisz się przyznać do błędu. Często nie świadomi, najczęściej zresztą nie świadomie! To przez pychę leczymy wewnętrzne kompleksy pracą, materializmem, pieniędzmi, gadżetami, seksem, używkami. Zamiast spojrzeć na swoje wady, zaakceptować je by móc jedna po drugiej małymi kroczkami pozbywać się ich, idziesz do sklepu, kupujesz coś na co prawdopodobnie Cię nie stać, przyklejasz sztuczny uśmiech na gębę i już jesteś lepszą wersją samego siebie! Nie, nie, to działa ale tylko na chwilę.
Im bardziej w to brniesz tym bardziej oddalasz się do spokoju, szczęścia i miłości. Czyli od tego czego tak naprawdę szukasz od dzieciństwa.

Dobra materialne nie są złe, są konieczne a i otoczenie się pięknymi przedmiotami jest w porządku. Jednak nigdy nie może to się stać istotą Twojego życia! Co to znaczy? Jak masz wypasiony dom, samochód, telefon czy zegarek, świetnie! Ale jak ich nie masz, to też ok!!!

Więc co? Czy mam postawić siebie na drugim miejscu? Owszem masz! Czyli co? Mam postawić innych ludzi na pierwszym miejscu? Pomagać innym? 

NIE!!! To znaczy tak, pomaganie jest bardzo ważne! Ale nie może ono stać się celem samym w sobie! Bo po pierwsze możesz założyć fundacje a później karmić na bankiecie swoje ego tym jak wszyscy mlaskają jaki jesteś wspaniały ;-)
Lub też Twój altruizm może zamienić się w zwykłą naiwność bo hien na tym świecie nie brakuje!

Więc kto na pierwszym miejscu? Odpowiem w trzech literach... BÓG

A to już temat na inny artykuł ;-)

czwartek, 14 lipca 2016

12 kroków AA. Krok szósty : Staliśmy się całkowicie gotowi, aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru

Pixabay



Tak znaleźliśmy się w kroku szóstym. Kroku uznania pewnej gotowości do zmian, no bo skoro poszukaliśmy w sobie wad, skoro komuś wyznaliśmy nasze błędy, bezsensem było by to zostawić.

To tak jak byś dawno temu wbił sobie w rękę, nogę czy oko drzazgę. Ból był straszny, jednak kiedy po czasie drzazga wrosła w Twoje ciało i ból jakby stał się mniejszy. Nie zniknął nigdy, pojawiły się stany zapalne w postaci : Nie idzie mi w pracy, nie mogę znaleźć stałego partnera, bardzo dużo oceniam itd. Wszystkie Twoje i moje wady mają swoje źródło w przeszłości. 

Jakaś sytuacja, jakieś wydarzenie sprawiło że coś we mnie zostało. Zupełnie jak ta drzazga. Być może na samą myśl o niej robi Ci się nie dobrze. Być może kiedy w kroku czwartym i piątym wróciłeś do tych drzazg zrobiło Ci się słabo. 

Na pewno jakieś wyjąłeś sam lub podczas wyznaniu ich jakiemuś przyjacielowi, sponsorowi czy przewodnikowi duchowemu one zwyczajnie wypadły. Wiem że tak mogło być.

Są jednak takie drzazgi które bolą niemiłosiernie, siedzą tak głęboko, są tak wielkie i pokręcone że ich wyciągnięcie strasznie boli! Ludzka ręka nie poradzi sobie z tym wyzwaniem. Co wtedy? Krok szósty, stań się gotowy aby to Bóg, uwolnił Cię od wad charakteru. 

Poniżej kawałek mojej historii. 
Kiedy w 2008 roku zmarł mój tata, od pierwszego stycznia 2009 (najgorszego pierwszego stycznia w życiu) zacząłem chodzić na cmentarz prosząc Boga, prosząc ojca aby pomogli mi. Prosiłem Boga by... Zrobił coś z moją żoną. W domu była tak paskudna atmosfera, że już nie ogarniałem.

Boże, proszę Cię, zrób coś z tą kobietą bo nie ogarnę, pomóż też mi, nie zniosę tego dłużej...

Jako że zawsze miałem racje... mój zakuty łeb nie wpadł na pomysł:

Ty, Sylw... Yyyy, aaaa... A może by tak przestać pić...???

Więc prosiłem dalej. Kilka miesięcy później tak mną potrząsnęło że otworzyłem się na działanie Boga. 3 maja tamtego roku, kładąc się do łóżka, całkowicie oddałem swoje życie Bogu. Tak nie piję do dziś... Co bym zrobił sam? Biorąc pod uwagę że nawet nie wpadłem na genialny pomysł Nie piję! to zapewne wymyśliłbym pół litra wódy...

Na trzeźwo także były takie sytuacje że sam nie potrafiłem. 
Pozbycie się lęku prowadzenia auta, czy rzucenie papierosów to także łaska Boska. 
Oczywiście Bóg nie wsiadł za mnie za kierownice czy nie przeszedł pierwszego miesiąca bez papierosa. 

Jednak, postawił na mojej drodze takich ludzi, takie sytuacje które powszechnie nazywamy, szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Być może na początek nie zawsze szczęśliwym ale ostatecznie lepiej dostać nawet opierdziel czy klapsa od rodzica niż stracić życie włażąc pod koła tramwaju... 

Brzmi to wszystko nieźle co, wzniosłe ideały prawda? A życie co innego. 

Przecież gdybym tylko mógł to oddałbym Bogu każdą moją wadę, prawda? 
Z całym szacunkiem, gówno prawda. 

Uwielbiam część moich wad i mimo że wiem że nie są dobre, wiem że było by mi lepiej bez nich to wiem też jak bardzo są przyjemne! 

Oceniam i obmawiam bo w większości wypadków czuję się lepszy, pielęgnuję moje ego zamiast je oczyścić. 
Używam wulgaryzmów bo czasami te z "r" mi pomogą ale na ogół czuję się ważny i podkreślam swoją "rację"

A może się użalam nad sobą? Bardzo rzadko, ale się zdarzy. Dlaczego się użalam kiedy wiem że to nic nie da? Owszem wiem, wiem że użalanie się nad sobą nic nie da, wiem że ono nawet pogorszy sytuacje!
Ale kto jako dziecko był chory wie jak duże zainteresowanie rodziców i bliskich wzbudził. Nie trzeba było iść do szkoły, dużo rzeczy uchodziło płazem No nie krzycz na niego, zobacz jaki on biedny... 

O wadach związanych z używkami, seksem czy pieniędzmi nie wspomnę bo jak bardzo te są przyjemne to wie każdy... Prędzej znajdę kilkaset wymówek niż spojrzę na siebie w prawdzie.

Więc uwierz że Bóg, chce i jest w stanie pozbyć się każdej Twojej drzazgi, każdego syfu i brudu! Tylko trzeba mu na to pozwolić.

Najważniejsze by wyrażać chęć i starać się je usuwać. Tak zwyczajnie, tak pokornie. 


Oczywiście pozbywanie się wad nie powinno stać się celem samym w sobie a jedynie kierunkiem życia. Kiedy spojrzę na własne wady i tak się zastanowię ile tego jeszcze w sobie noszę, dodam mozolne tempo z jakim się ich pozbywam to perspektywa załóżmy 80 lat życia nie jest zbyt obiecująca by wystarczyło mi czasu.

Bóg, rozwój osobisty i duchowy nie może być kolejnym dowodem by podkreślić Twoją niedoskonałość! Takie podejście zniechęci każdego, absolutnie każdego człowieka nim pozbędzie się jakiejkolwiek wady! 

Perfekcjonizm który ma źródło w niskim poczuciu własnej wartości spowoduje że nie uniesiesz ciężaru wad, zostawisz pomysł na ich pozbycie się szybciej niż Ci się wydaje.

Więc niech stawanie się doskonalszym (nie doskonałym), co jakiś czas, stanie się kierunkiem życia a nie celem. Kiedy będziesz skupiał się na swoich wadach to albo Ci ich przybędzie albo przewrócisz się pod ich ciężarem. 

Kiedy świadomy swoich zalet, ale też wad będziesz żył tak by Bóg mógł działać w Tobie to osiągniesz cel. 
Jak to zrobić?
Daj czas czasowi ale nigdy nie mów: Nie dam rady.


Sylwek