Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świadectwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świadectwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 grudnia 2017

Bezsilność

Pixabay


A mnie nic nie wyszło...
  1. Od momentu, kiedy picie alkoholu przez mojego męża zaczęło mi przeszkadzać (po dwudziestu latach wydawało mi się udanego małżeństwa), szukałam sposobu, aby "coś" z tym zrobić. 
  2. Poszłam na terapię dla współuzależnionych. Tam dowiedziałam się, że mąż jest prawdopodobnie alkoholikiem i że pomóc mu można nie pomagając. Spotkałam się także z trzeźwiejącym alkoholikiem, prowadzącym terapię dla alkoholików. Długo rozmawialiśmy o tym, że jedyną miłością alkoholika jest alkohol i do czego jest zdolny uzależniony, aby go zdobyć. O tym jak wykorzystuje rodzinę, manipuluje, oszukuje, o tym jakie argumenty na niego nie działają a co może poskutkować w namawianiu go do "zrobienia porządku ze swoim piciem". 

  3. Zaczęłam działać - najpierw były rozmowy, próby pokazania, że picie jest złe, że źle wpływa na nasze relacje, na życie rodzinne, że przez picie mąż zaniedbuje dzieci, mnie, swoje obowiązki itd. Efektem było zdenerwowanie męża i bagatelizowanie problemu, a raczej wypieranie go. Zorganizowałam więc spotkanie rodzinne - ja, dzieci, jego liczne rodzeństwo (z mężem jest ich siedmioro). Poprosiłam, aby wszyscy napisali do niego listy, w których opisują co czują w związku z jego piciem. Było to coś w rodzaju interwencji - mąż wiedział tylko, że będzie miał gości, ale nie wiedział po co przyjadą. Wszyscy mówili o tym jak martwią się o niego, jak go kochają i że nie chcą, aby niszczył swoje zdrowie. Ja z córkami mówiłyśmy o tym jak nam go brakuje, jak się od nas oddala, że czujemy się opuszczone, samotne, zaniedbane. Po czym wszyscy wręczyliśmy mu te listy. 

  4. Oczywiście mąż stwierdził, że on nie ma żadnego problemu, ale udało mi się go namówić, aby spotkał się z psychologiem w ośrodku, aby sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma problemu. Niestety w dniu wizyty w ośrodku mąż stwierdził, że nigdzie nie zamierza iść, bo to ja wymyślam problem, a nie on. Efekt tych działań był taki, że zaczął więcej pić, a mnie robił wyrzuty, że "rozgadałam" o problemie w rodzinie i zrobiłam z niego alkoholika. 

  5. Zaczęłam więc wcielać w życie twardą miłość, oczywiście na ile mogłam. Przestałam prać jego brudną odzież, podstawiać mu jedzenie pod nos. Mówiłam, że skoro ma czas na picie zamiast iść do pracy, to może też sobie naszykować jedzenie. Mąż w międzyczasie stracił pracę, a na alkohol zdobywał pieniądze robiąc tak zwane fuchy - ja mu pieniędzy nie dawałam. Starałam się także, aby z tego co zarobi utrzymał chociaż samochód. Nic to nie dawało. Odnosiłam wręcz wrażenie, że każde moje działanie wywołuje u niego chęć robienia na złość. 

  6. W końcu doszło do tego, że poinformowałam go, że jeśli nic nie zrobi z piciem, nasze relacje ulegną znacznemu ochłodzeniu. Miałam nadzieję, że będzie to na tyle ważny element naszego życia, że chociaż spróbuje coś zmienić. Starczyło mu chęci na mniej więcej miesiąc. Potem wrócił do picia, a mnie pozostało być konsekwentną w działaniu. 

  7. Jego alkoholizm pogłębiał się, wycofał się zupełnie z życia rodzinnego, nie odwiedzał z nami bliskich, a ja robiłam swoje. Zajmowałam się swoim życiem. Starałyśmy się z córkami normalnie żyć, bywać u rodziny, w teatrze, kinie, na wystawach. Chciałam mu przez to pokazać, jak wiele traci z życia mojego i swoich córek. Jak omija go wiele ważnych spraw - matura córki, obrona drugiej, odnoszone przez nie sukcesy itp. Nic go nie interesowało. 
  8. Tylko pił, zaczepiał mnie i córki, poniżał, wyzywał, upokarzał, szantażował, terroryzował psychicznie i coraz więcej pił. Na próby rozmawiania z nim reagował agresją i mówił, że on nie ma żadnego problemu. W końcu doszło do tego, że podczas awantury z rozbijaniem talerzy, musiałam wezwać policję. Następny krok, to zgłoszenie go do komisji leczenie uzależnień. W efekcie wyrokiem sądu dostał nakaz zgłoszenia się na leczenie. Bez skutku. Pozostała mi już tylko separacja i tak też zrobiłam.
Cały czas mówiłam, że to wszystko efekty jego picia, co wzmagało w nim tylko większą wściekłość, chęć wyżywania się na mnie i picie jeszcze więcej. Oczywiście dom i rodzinę utrzymywałam ja, a on podnosił się z kanapy tylko wtedy, kiedy brakowało mu pieniędzy na alkohol. Postanowiłam, że muszę odejść, bo tylko wtedy będzie zmuszony wziąć życie w swoje ręce, będzie musiał się utrzymać, pójść do pracy i może chociaż ograniczyć picie. Nie chciałam, żeby umarł. Miałam także nadzieję, że moje odejście postawi go do pionu, że groźba utraty rodziny zmusi go do zaprzestania picia. 

Pomyliłam się... Odchodziłam od niego trzy miesiące - sprawy majątkowe, które musiałam załatwić, ponieważ bałam się, że wszystko zadłuży. W tym czasie znalazł sobie pracę i na tym koniec. Nie zrobił nic, aby ratować nasze małżeństwo. Obraził się, był wściekły, nie widział powodu dla którego chcę odejść, bo on przecież nie ma problemu z alkoholem. 

Odeszłam więc, a córki razem ze mną, bo nie chciały z nim zostać, ponieważ je także poniewierał i poniżał. A on po czterech miesiącach sprowadził do naszego mieszkania alkoholiczkę i z nią żyje. I takie są efekty moich starań, szarpaniny, która trwała sześć lat. Tak bardzo uwierzyłam w skuteczność twardej miłości, że trudno mi zaakceptować porażkę. Czasem nawet myślę, że musiałam zrobić coś źle, może za mało próbowałam rozmawiać, co nie było łatwe, bo on nie chciał. Może moja postawa była niewłaściwa - nie byłam miła, raczej starałam się go ignorować jak był pijany, zwłaszcza gdy mnie zaczepiał. Czasem tylko nie wytrzymywałam nerwowo i coś mu "odpyskowałam", jak mnie obrażał, lub straszył, czy szantażował. 

W momentach trzeźwości też trudno było być szczególnie miłym, ponieważ nigdy za nic mnie nie przeprosił był nerwowy, małomówny, sprawiał wrażenie osoby urażonej. Nie wiem co mam o tym 
wszystkim myśleć, ale nie tak to miało być... 

Może przynajmniej innym współuzależnionym moja historia przyniesie jakiś pożytek.

sobota, 1 października 2016

Pierwsze miesiące w trzeźwym życiu - moje świadectwo część 3

Pixabay


I oto trzecia część mojego świadectwa z pierwszych miesięcy trzeźwienia.

Więc po za zaleceniami które starałem się realizować, po upływie pierwszych dni przychodziły kolejne, lepsze i gorsze ale zawsze bezalkoholowe! To to mnie motywowało do dalszego działania! 

Terapia upływała, sam byłem dość mocno zachwycony takim życiem. Przed wszystkim faktem odkrycia prawa przyczyny i skutku. Do tej pory nie zastanawiałem się nad sobą, nie lubiłem czytać książki którą byłem sam. Zawsze skupiałem się na okładce dodając kolejne zdobienia nie otwierając samej książki. 

Tam nie wszystko pokrywało się z okładką. Przez to że nie zaglądałem do wcześniejszych rozdziałów kolejne pisałem takie jak poprzednie. Nie uczyłem się na błędach. W końcu odkryłem że cofnięcie się do początku książki którą byłem, przeczytanie jej, mimo że nie zawsze przyjemne to konieczne do pisania kolejnych rozdziałów w sposób świadomy!

Oczywiście dalej mogłem popełniać te same błędy ale czy chciałem żeby moje życie było na chybił trafił? NIE! 
Przestałem nazywać skutek "pechem" bo zacząłem szukać przyczyny tego skutku. Wiesz gdzie znajdowałem przyczynę? Tak, w sobie!
Siła Wyższa ma zdolność tworzenia cudów! Tu nie zaprzeczam, ale człowiek nie ma takiej zdolności. Wszystko, absolutnie wszystko, ma swoją przyczynę. 

Więc kiedy to skumałem to starałem się wpływać na swoje życie poprzez naukę na błędach. No pewnie że nie zawsze, do tego trzeba pokory a ja lubię stać na palcach. Jednak kiedy bywam pokorny to efekt jest zupełnie inny do tego który rodzi się z pychy.

Stąd trzeźwienie stało się moją pasją, lubiłem patrzeć każdego roku wstecz i mówić sobie "To był dobry rok, są owoce" Oczywiście że ego sobie też tym pompowałem i pompuje ;-) Ale spełnione życie to coś więcej niż pompowanie ego. 
Dlatego też nigdy "Nie musiałem, nie pić" Ja chciałem nie pić! 

Ta nie DUŻA zmiana sprawia że 80% pracy związanej z utrzymaniem abstynencji odchodzi! To tak jak byś za te same pieniądze miał pracować nie 10 a 2 godziny! Chciałbyś?  
Wystarczy polubić trzeźwe życie. Jak? Przekonaj się do niego nosząc przy sobie i dopisując każdego dnia coś do listy zysków z niepicia i strat z picia.

Wtedy postawiłem wszystko na jedną kartę. Zwolniłem się z pracy będąc jedynym żywicielem rodziny i nie mając innej nagranej. Stres w niej i alkohol mogły by doprowadzić do nawrotu. 


Nikt mi nie kazał tego robić, nie mieszkałem wtedy jeszcze w domu  z żoną i córką. Gdzieś od środka wiedziałem że muszę robić więcej niż tylko nie pić, że muszę być radykalny w tym co robię. Więc zupełnie inny niż do tej pory. Bo co jak co, folgować to ja sobie lubiłem na każdym kroku... 

Przez pierwsze półtorej roku między mną i żoną było dobrze ale do tego co jest dzisiaj to szkoda gadać. Długo czekałem na żonę by okazała mi miłość jaką kobieta okazuje mężczyźnie. Mimo że czasami czułem się pokrzywdzony, upominałem się na różne sposoby, zwracałem na siebie uwagę i adorowałem jak tylko umiałem to pamiętałem że gdyby to żona była na moim miejscu to nie wiem czy w ogóle bym z nią był. To cud że czekała na mnie tyle lat, więc dlaczego ja bym nie miał zaczekać na nią!

Nie chodzi o to żeby przepraszać rodzinę za to że się urodziłem! Świadomy wyrządzonych krzywd czekałem. Czekałem i pracowałem nad sobą aż w końcu się doczekałem. Oczywiście bez pracy nad sobą mojej żony to czekałbym pewnie dalej...  Tu możesz poczytać trochę więcej na ten temat : 

Jak zaskoczyć partnera / partnerkę, czyli walentynki nie tylko raz w roku
Czy istnieje idealny mężczyzna, idealna kobieta? 

Finanse? Dzisiaj uważam że dobrze sobie radzę. Absolutnie nie jestem majętnym człowiekiem ale ogólnie wystarcza mi :-) 
Jak było kiedy przestałem pić? Bida z nędzą! Zupełnie jak na pierwszym wynajmowanym mieszkaniu zaraz po ślubie. Do tej pory mam w domu lustro z ciężarówki taty które służyło w łazience za... lustro! Goliłem się do niego a żona malowała. Jednak byliśmy wtedy najszczęśliwszym małżeństwem na ziemi! 

Kiedy przestałem pić poszedłem pracować na budowę. Oczywiście byłem zielony w tym temacie, zarabiałem nie dużo ale bez możliwości urlopu czy wzięcia chorobowego pracowałem mimo przeziębienia. W błocie po kolana brudny i zziębnięty. Nie tak miało to wyglądać?! Szczerze? Nie przeszkadzało mi to. 

Oczywiście kiedy po zrobieniu opłat i napełnieniu michy na nic nie zostawało to nie miałem ochoty pracować! I to bardzo, ale jako jedyny żywiciel rodziny pracowałem dalej. W grudniu 2009 roku (w maju tamtego roku przestałem pić) rozchorowałem się. Leżałem jak żywy trup w domu pod kocem. Odwiedziła mnie mama z siostrą. Jak się kilka dni później okazało miałem świńską czy ptasią grypę. 

Siostra zarażona od mnie wyleczyła się w domu podobnie jak ja. Mama w szpitalu a żona z córką wylądowały na zakaźnym w Gdańsku. 
Żyć kurwa nie umierać co? 
Pamiętam wtedy że wigilia była w czwartek a żona z córką wróciły w niedzielę do domu. Byłem kilka godzin przed nimi po pierwszym maratonie na terapii. Jak dziś pamiętam, rozpalałem w piecu bo w domu było zimno jak w psiej budzie! Paliłem szluga przy ogniu i byłem najszczęśliwszym mężem i ojcem na świecie. Dlaczego? Bo trzeźwy czekałem na moje dwie księżniczki! 

Bywam nerwowy i niecierpliwy do dziś, to jedna z wielu moich wad ale kocham je obje i do tego jestem nadal trzeźwy. Kiedy nie próbuje stać na palcach to dużo nie potrzebuje do szczęścia :-) 

Zima była długa i mroźna a co to oznacza w pracy na budowie? Nic, dosłownie nic. Cztery miechy w domu bez grosza przy dupie były ciężkie! Przez rok oddawałem długi. Jednak nie był to powód do napicia się! Wiedziałem że jedno piwo oznaczałoby jeszcze większe długi i problemy! 

Miałem wtedy Fiata Uno, co to była za padlina! Jak czytam mój dzienniczek uczuć z terapii to był on głównym bohaterem moich złości i frustracji! Psuło się w nim wszystko! Kiedyś podczas jazdy zgubiłem tłumik, innym razem podczas hamowania wypadły mi hamulce. W końcu go skasowałem...

Tak mijały kolejne tygodnie, miesiące, lata aż dorosłem do tego by poczytać w książce "Sylwek B. -moje życie" o finansach. Jak się okazało było tam też całe wiadro błędów.
Jednak plusem biedy było to że rzuciłem fajki :-) Papierochy przestałem palić wyłącznie dla kasy :-)

Czy było lekko? Było lekko i było paskudnie ciężko! Ale naprawdę nie widziałem powodu by się nachlać bo nawet najgorszy ale trzeźwy dzień jest lepszy od najlepszego pijanego. 

Sylwek




poniedziałek, 26 września 2016

Pierwsze miesiące w trzeźwym życiu - moje świadectwo część 2



Pixabay
To druga część mojego świadectwa z pierwszych miesięcy abstynencji i ścieżki trzeźwienia. Fragment książki "Jak zrobiłem z piekła raj" :-) 

"(...) Przeczytałem zalecenia. Jeśli chcę zmian, to muszę zacząć robić
większość rzeczy dokładnie na odwrót, najprościej tak to mogę
powiedzieć. Zacząłem stosować się do zaleceń bez negowania ich.
Przez pierwsze dni i tygodnie wypiłem hektolitry wody, soków
pomarańczowych i pomidorowych, jadłem witaminy i minerały
w różnej postaci. Trzeba było uzupełnić ogromne ubytki
w organizmie.

Niesamowite. Po latach odkryłem, że jedzenie ma smak, jest
przyjemne, dobrze się po nim czuję, oczywistość? Dla mnie wtedy
to nie było takie oczywiste.
Szukałem zajęć, żeby nie myśleć o piciu. W kilka dni skosiłem
z hektar trawy u mamy i sąsiadów. Jakie było zdziwienie,
gdy nie chciałem zapłaty.

Skupiałem się na tym, co robię, miałem czas na filmy, na to,
by grać na konsoli i w ogóle już teraz naprawdę korzystać z życia.
Zacząłem robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność,
a nie rzeczy, które sprawiały, że tak mi się wydaje. Oto różnica
między prawdą, a myślą.

Żona z córką mnie odwiedzały i już po kilku dniach małżonka
stwierdziła, że zupełnie inaczej wyglądam. Moja skóra
zbladła i nabrała zdrowego koloru. Byłem ogolony, uczesany
i dobrze ubrany. Najważniejsze – coś się pojawiło w oczach.
Tam, gdzie była tylko duża pustka, pojawiły się oznaki duszy,
życia.

Warto zastosować się do kilku zaleceń. Większości z nich
nie wymyśliłem. Otrzymałem je na początku, więc podaję
je dalej. Na bazie własnych doświadczeń opowiem na co warto
zwrócić uwagę.
Była to kwestia wyboru, nie musiałem tego robić, stosować
się do zaleceń. Ostatecznie mogłem pić dalej. Oznaczałoby
to jednak mnóstwo cierpień i pewną śmierć. Śmierć fizyczną.
Duchowo już dawno byłem trupem.

Żona, córka i rodzina przeżyłyby to na pewno bardzo, ale
po czasie i tak by sobie ułożyły życie, nawet gdybym jeszcze
„żył. Przeraził mnie ten scenariusz. Miałem już szczerze dość
tego snu, to nawet pomyje życia nie były! 
Wszedłem na nowy teren, nieznaną mi przestrzeń, zalecenia posłużyły mi za mapę.
Mapę życia. Zalecenia te stosuję do dziś, nie zawsze z taką starannością
z jaką bym chciał, ale staram się. 

Na początku drogi im więcej tym lepiej. Nie negowałem ich, nie zastanawiałem się,
czy są prawdziwe, czy nie. Zaufałem im z doskonałym skutkiem!
Oto kilka z moich doświadczeń:

Nie ma alkoholu w moim domu, nikt go nie
przynosi, a ja nie testuję silnej woli.

Tak, wiem, że dla chcącego nic trudnego. Jak chciałem, to
spod ziemi wyciągnąłem picie, jednak im bardziej sobie utrudnię
dotarcie do butli, tym lepiej. W kryzysowej sytuacji taka
trudność może dać mi kilka chwil na przemyślenie, na telefon
do kogoś zaufanego, na przeczytanie listy zysków i strat (zysków
jakie daje mi niepicie i na drugiej stronie kartki, strat jakich poniosłem
podczas picia. Zawsze warto ją mieć przy sobie lub pisać
w kryzysowej sytuacji)).

Poza tym, skoro nie chcę pić, to nie potrzebuję alkoholu
w domu. Znajomych też nie będę częstował u siebie, bo to kolejna
część zalecenia. Spotkałem kiedyś po kilku tygodniach kolegę
ze szkoły średniej. Padła propozycja spotkania się u mnie,
powiedziałem, że nie ma sprawy, ale nie popijemy. Odpowiedział,
że przecież nie chce się nawalić, że łykniemy po kilka piw.

Nie kolego, odpowiedziałem. Zakończyłem „karierę” z piciem.
Kolegami możemy być nadal, ale bezalkoholowymi. Cóż, spotkaliśmy
się dopiero po dwóch latach. Tak długo dojrzewał do tej
decyzji, inni wcale do niej nie dojrzeli a jeszcze inni zaakceptowali to.
Z drugiej strony, nie dziwię się im. Jestem przecież „nawrócony”, „frajer”. 
TO NIC, to ich opinia, nie moja!

Może tak być, że ktoś z domowników pije nałogowo lub nie,
ale nie szanuje mojego zdania. Rozmowa z taką osobą może pomóc.
Zaproponowanie przeczytania zaleceń (tych czy innych),
może rozmowa z terapeutą pomoże, być może będzie to autorytet
dla takiej osoby. 

Ze mną też wielu ludzi się nie liczyło na początku,
a część tego nie robi do dziś. Gadaj, se gadaj, słyszę. Zawsze
można zapytać „własnej” grupy wsparcia co można zrobić.

Czuję, że żyję. Poznałem mnóstwo wspaniałych, ciekawych,
rozrywkowych ludzi. Jestem wdzięczny za stare znajomości.
Będę o nich pamiętał, ale nie mam za czym tęsknić.

Moje dotychczasowe doświadczenie z alkoholem uświadomiły
mi, że nie jest on mi obojętny, że z nim nie wygram, więc nie
chcę kusić losu. Testować też nie chcę, NIE MA SILNEJ WOLI, ONA
NIE ISTNIEJE. Jest tylko świadomość. 
Jestem świadom, że nie wygram z nim. To zawodnik nie z mojej kategorii wagowej, 
zmiecie mnie jak tir osobówkę z drogi!

„Poleciały” wszystkie gadżety związane z piciem.

Trochę tego było, ale po co dziecku smoczek, skoro już nie
cyca. Chcę zmian, robię dokładnie na odwrót również w tym
przypadku.
Różnej maści otwieracze, kufle, kieliszki, zwykłe i ozdobne,
akcesoria do przechowywania alkoholu. To nie jest już potrzebne!

Zamknąłem furtki. Nie mam pewności, nie będę jej miał, ale teraz
nie chcę pić, więc nie potrzebuję akcesoriów przypominających
przeszłość. 

To nic, że zestaw drogich kieliszków był prezentem.
Ten, kto mi je dał, ucieszył się, że biorę się za siebie. Sam bardzo
się raduję, gdy widzę, że ktoś postanawia iść tą ścieżką. Jeżeli
ktoś nie zrozumie to nic, nie musi.

Pamiątka. A po czym? Po piekle. Dzięki, ale nie mam za czym
płakać. Wziąłem głęboki wdech i po wszystkim.

Nie tylko przedmioty mogą przypominać o „wyłączniku”,
miejsca również.

Wracają wspomnienia. Znaczna część „problemów” dzieje się
w obrębie myśli. To one są jak bomby ukryte w środku, a miejsca
czy sytuacje są jak zapalniki. Mogą otworzyć furtki, przez
które jest powrót do picia. Dlatego warto unikać tych miejsc.

Sklepy, bary, krzaki i wszystkie inne, których byłem bywalcem
wraz z butelką. Wolę uniknąć miłych wspomnień, bo nie oszukujmy
się, i takie były, jednak w znikomej proporcji do tragedii,
których doświadczyłem.

Kiedyś tam, gdzie był alkohol byłem ja. Teraz jest na odwrót.
Alkoholizm to oficjalnie choroba! Jeżeli jestem chory, na
przykład na grypę, mam gorączkę to nie łażę po deszczu czy
mrozie bez ubrania, nie robię przewiewu w domu, nie stoję przy
otwartym oknie w bieliźnie. Skutki takiego zachowania będą
oczywiste.

Sam wybrałem się z żoną dopiero po kilku miesiącach do restauracji,
gdzie podawano między innymi alkohol. 
Na zabawy chodzimy, ale bezalkoholowe, organizowane przez ludzi z podobną
przypadłością.

Po dłuższym czasie (co dla każdego może być innym okresem),
widok alkoholu stał się dla mnie mniej wyraźny, ale NIGDY
ALKOHOL NIE BĘDZIE MI OBOJĘTNY! Nie chodzi o to, by żyć pod
parasolem, takie zachowanie może się okazać równie niebezpieczne
jak chodzenie na krawędzi przepaści. 

Może się okazać,
że po wyjściu spod parasola, byle spotkanie z alkoholem może
mi dokopać, jednak nie ma silnej woli, więc lepiej nie próbować
takiego treningu. To zbyt silny wyzwalacz na częste kontakty.
Kiedy jeszcze siedziałem we własnym piekle,
to zostawałem na imprezach do końca. Póki był
alkohol, byłem i ja. W raju jest ciut inaczej

Na wesele przyjaciół poszliśmy z żoną po trzech latach abstynencji,
wcześniej odmawialiśmy takich imprez. 
Na urodziny, gdzie wiem, że będzie alkohol, idę dzień przed lub po, ewentualnie
przed rozpoczęciem picia. 
Zawsze mówiłem, że mi to nie służy, daję im porównanie żeby to zobrazować:

Byłeś kiedyś jako kierowca na super imprezie, widziałeś jak się
wszyscy bawią? Jak się czułeś? (…) No właśnie, a ja tak będę się
czuł jeszcze tydzień po…
W większości nikt już nie namawiał, a jeżeli tak, to dziękuje
za gościnność, proszę o zrozumienie i wychodzę. 
NIKT POZA MNĄ NIE MUSI MNIE ROZUMIEĆ! Oczywiście ja też nie muszę
rozumieć własnych działań, ale jak dotąd takie podejście kończyło
się katastrofą.

Z upływem czasu trochę mniej reaguję na alkohol, jednak nadal
jakoś reaguję. Po weselu przez kilka dni czułem się źle, miałem
nawet kaca! Tak zdarza się czasami, ale jest to oznaka głodu. 
Kiedy pojawia się chęć wypicia alkoholu, to piję bardzo dużo wody
czy soków. Zawsze mija. 

Bywają czasami sytuacje wyjątkowe, na przykład ślub dziecka czy innej ważnej dla mnie osoby. Może być to jeszcze jakaś inna wyjątkowa okoliczność, naprawdę wyjątkowa.
Ważne, żeby tych wyjątkowych sytuacji nie było tak dużo jak kiedyś. 

Więc jeżeli już muszę, to warto „zabezpieczyć sobie teren”.
Zawsze wypijam sok do końca, bo nie chcę pomylić szklanek
i trafić na „minę”. Jestem umówiony z kilkoma osobami z AA czy
terapii, do których mogę zadzwonić, pogadać jak będzie mi źle.

Osoby, z którymi idę na przykład żona, wiedzą, że jak będę się
czuł niepewnie to wychodzimy. Oczywiście unikam potraw z alkoholem,
miałem kiedyś taką sytuację, że nie chciałem zjeść
tortu weselnego. Kilka osób nalegało żebym sobie nałożył, byli
to jednak ludzie, którzy nie wiedzieli o mojej „alergii” na alkohol,
dlatego zawsze warto mówić.

Kolejny etap walki, to dobrze przygotowany wypoczynek
następnego dnia. Spacer, rower, krótka wycieczka. Tak, żeby się
czymś zająć. Warto zaplanować sobie kolejny tydzień po takim
spotkaniu z alkoholem. Mogą to być również spotkania z AA.

Tak czy inaczej, są to naprawdę ekstremalne sytuacje. Całej
reszty należy unikać.
Tak jak już mówiłem, widok alkoholu to zapalnik, wyzwalacz.
Nie robię zakupów w sklepie, gdzie sprzedaje się alkohol.

Jak jeszcze paliłem, to papierosy kupowałem w innym sklepie.
Ogólnie tam, gdzie jest sporo alkoholu, tam bywam rzadziej
lub wcale. Jak już musiałem wejść do takiego sklepu czy baru,
to zwyczajnie unikałem kontaktu wzrokowego czy węchowego
z alkoholem.

Wszelkie trunki bezalkoholowe

to też silne wyzwalacze.

Jak nie chcę pić, to dlaczego miałbym udawać, że piję? Wiem,
że skończyć się to może bardzo źle. Jako dziecko czułem się dorosły,
gdy dostałem lampkę bezalkoholowego szampana. Teraz nie
skończyłoby się na takim poczuciu, bardzo szybko chciałbym więcej
i więcej. 

Kiedyś patrzyłem na to, ile piwo ma „prądu”, „sikaczy”
poniżej pięciu oczek nie brałem. Dzisiaj byłoby tak samo. Nie wolno
celebrować alkoholu w żadnej postaci. Nawet bezalkoholowej.

Uniwersalna waluta działająca w obie strony.

Wszelkie zbiórki pieniędzy i tym podobne, oddelegowałem.
Po rozpoczęciu trzeźwienia zmieniłem pracę, byli w niej ludzie,
którzy pili. Oczywiście, były prośby, abym szedł do sklepu
po alkohol. Odmawiałem. Panie/panowie, wypiłem swoją rzekę,
teraz nie piję, więc nie biorę udziału we wszystkim, co ma związek
z piciem. 

Ogólnie spotykało się to ze zrozumieniem. Bywały
docinki, jednak nie bolały bardzo, bo przecież kiedyś byłem
identyczny. Sam się śmiałem z „niepijących ciot”, dzisiaj rozumiem
i jednych i drugich.

Pewnego dnia koledzy wspominali jakąś imprezę z weekendu,
postałem, posłuchałem, ba, nawet się przyłączyłem do rozmowy.
Powspominałem własne imprezy, a było co opowiadać.
Co się stało później? Dopadł mnie głód, pojawiło się zdenerwowanie,
suchy kac i inne dolegliwości. Na szczęście wyciągnąłem
z tego lekcję. Dzięki temu, że jestem trzeźwy, mogę obserwować
to, co się ze mną dzieje, a UCZENIE SIĘ NA WŁASNYCH BŁĘDACH
TO JUŻ BARDZO DUŻO!

Jak kolega czy koleżanka ma wypite, to lepiej nie rozmawiać
lub jak najszybciej tę rozmowę uciąć. 

Ogólnie dwóch pijanych,
nie wiedzieć czemu, ale się dogada. Jeden trzeźwy a drugi pijany
się nie dogadają, więc po pierwsze, taka rozmowa mija się
z celem, a po drugie, jest to kolejny wyzwalacz.

Kiedyś bardzo mało jadłem.

Działo się to z dwóch powodów. Po pierwsze, jak nie miałem
wypite, to mi nic nie smakowało. Najpierw trzeba było wypić,
a zjeść to się zawsze coś zje, powtarzałem w głowie. Po drugie,
jak już miałem wypite, to nie chciałem tracić miejsca w żołądku,
po za tym stałbym się śpiący, a przecież trzeba było jeszcze
zapas zorganizować.

Teraz jest na odwrót, gdy jestem najedzony, jestem spokojny,
mam siłę do działania i zwyczajnie dobry humor, a najważniejsze,
chęć łaknienia alkoholu jest bardzo mała, kiedy mam
pełny żołądek.

Smak alkoholu to bardzo silny wyzwalacz.

U lekarza bywałem po chorobowe, na kacu czy też wstawiony,
a nawet jedno i drugie naraz. Odkąd przestałem pić, chodzę bardzo
rzadko, niemal wcale. A jednak byłem kiedyś przeziębiony,
doktor mnie zbadał, a gdy przepisywał mi leki poprosiłem, żeby
nie były z alkoholem i/lub innymi podobnymi środkami wpływającymi
na świadomość, bo jestem uzależniony. Jaką ja dumę poczułem.
I ten szacunek w spojrzeniu lekarza…

Podobnie jest z jedzeniem. Cukierki, ciasta, potrawy mięsne
czy inne. Nie chodzi o to, że nawalę się na przykład cukierkami,
prędzej bym zwymiotował od przejedzenia, niż coś poczuł, ale
sam smak może przywołać wspomnienia. 

Mniej więcej po roku abstynencji wpadłem na taką „minę” w postaci cukierka z alkoholem.
Miałem wrażenie jakby mi się ziemia zarwała pod nogami,
gdy poczułem alkohol. Bardzo nieprzyjemnie, na szczęście
skończyło się tylko na tym.

Planowanie dnia jest również ważne.

Dobrze, jeżeli zajęcia są rozłożone tak, by się nie przeciążać,
ani nie nudzić (tak naprawdę nuda to złudzenie, brak zainteresowania
chwilą obecną, czyli jej nie akceptacją. Zawsze się coś
dzieje, nie zawszę chcę widzieć).

Poza pracą mam czas dla rodziny. Również, co bardzo ważne:
czas dla siebie, na uprawianie hobby, ale też na rozwój osobisty.
Dość szybko złapałem bakcyla. Zauważyłem, że wszystko zaczyna
się ode mnie. Jeżeli ja mam poukładanego ducha, to reszta
dzieje się sama. 

Tak naprawdę nie zabiegałem o to, by odzyskać
zaufanie rodziny, znaleźć dobrą pracę, kupić kilka ważniejszych
rzeczy. Rozwijałem się, przede wszystkim własną pogodę ducha.
Reszta działa się sama, przy okazji życia. Nie jest to łatwa sztuka,
zwłaszcza na początku, ale naprawdę warto. 

Z rzeczy i spraw ważnych i ważniejszych, zawsze staram się wybierać trzeźwość
i rozwój świadomości. Jak będę pijany, to nie będzie czego poprawiać
i zbierać.

Terapia, spotkania AA, literatura rozwoju osobistego, grupa
wsparcia, wszystko to jest bardzo ważne. Pamiętam, jak trafiłem
pierwszy raz na terapię, do grupy początkującej, gdzie każdy mówił
o własnych doświadczeniach. Co się ze mną wtedy działo…
W końcu ktoś mnie rozumie, ja rozumiem innych.

Widzę, że nie jestem pępkiem świata. Słucham innych, a od każdego coś mogę
wziąć. Sądzę, że podczas czytania mojego pobytu w piekle, poczułeś
chociaż troszkę to, o czym teraz piszę. Grupa wsparcia
jest potrzebna do końca tego życia.

Po pierwsze, utrzymuję kontakt z osobami, które w stu procentach
wiedzą o czym mówię. Słyszę, że ludzie napotykają
trudności, a mimo to są trzeźwi. Daje mi to poczucie, że jednak
można. Gdy ja pomagam, głównie słowem i doświadczeniami,
to to samo do mnie wraca.

Wiem, że wydaje się to fantastyczną opowieścią, zwłaszcza na
początku. Jak usłyszałem, że terapia, którą podjąłem, ma trwać
dwa lata, nie sądziłem, że dam radę. Dzisiaj bym ją chętnie powtórzył,
chociaż mam nadzieję, że nie będę potrzebował. 

Pod koniec terapii zrozumiałem siłę, jaką daje grupa wsparcia. Pomyślałem,
że zaraz skończy się przygoda życia. I co dalej?
Postanowiłem z kolegą założyć taką grupę w okolicy. Przez
pierwszy rok siedzieliśmy sami, wyglądało to co najmniej dziwnie.
Dwóch facetów siedzi przy zapalonej świecy (tradycja AA) w piątkowy
wieczór… 

Dzisiaj liczba członków jest już spora, ale nie
to jest najważniejsze, bo nawet dwóch to też grupa. O ile alkohol
trzymam jak najdalej od siebie, to takie grupy i ludzi jak najbliżej.
Na początku „przynosiłem” na spotkania tylko ciało, duch
pojawił się później. Aktywność na tym polu naprawdę pomaga,
ułatwia życie. Poza tym sam, nie jestem w stanie wszystkiego
zrozumieć. Przecież pod koniec picia wiedziałem, że demoluję
wszystko. Na kacu moralnym przyrzekałem, nigdy więcej! Ale
to i tak nic nie dawało, piłem dalej. Potrzebny jest duch zrozumienia,
drugi człowiek. Taki, który mi powie, że „mam coś
na plecach”. Czy to z punktu widzenia choroby, czy też ducha.

Sporo jest programów i działań pomagających we wzroście,
ważne, aby wybrać kilka najlepszych dla siebie i korzystać.
Mogą się pojawić tłumaczenia typu: nie mam czasu, nie pozwala
mi ktoś/coś… Kto jak kto, ale alkoholicy tak jak wszyscy uzależnieni,
są wybitnie kreatywni w osiąganiu upragnionego celu...

Pytanie czy chcesz?  

Zainteresuje cię to : Metoda trzy punktowa i to Ewangelia św. Łukasza

piątek, 23 września 2016

Pierwsze miesiące w trzeźwym życiu - moje świadectwo część 1


Pixabay

Zainspirowany pytaniem pewnego Pana z którym koresponduje postanowiłem się podzielić z Wami własnym świadectwem z pierwszych miesięcy trzeźwienia. Po co? Od pierwszego dnia kiedy przestałem pić minęło ponad 7 lat. Na dzień dzisiejszy mam sporo wad, nawet SPORO ;-) Jednak bilans jak sądzę przeszedł na pozytywną stronę mocy. 
Ogólnie radzę sobie dobrze i mam tego świadomość :-) Czy jestem pyszny? Bywam, sporo udało mi się oczywiście dzięki łasce Bożej i ciężkiej pracy z listy marzeń odhaczyć. 
Kiedy sam przypomnę sobie siebie z czasu pijaństwa to wierzyć mi się nie chce jak na to patrze... Co dopiero osoby trzecie? Czy moje trzeźwienie było od początku usłane różami? Może nie cierniami bo wiem że mają ludzie jeszcze ciężej ale kaktus, czy pokrzywa leżały po drodze ;-) 

Pierwsza rzecz jaką chcę powiedzieć to to że moja droga była przepełniona chęcią bycia trzeźwym. Były gorsze dni czy chwile gdzie pojawiła się na początku myśl o wypiciu jednak miałem już dość bycia na rauszu. 
Więc tak:

Pierwszego dnia kiedy wstałem na ciężkim kacu zapaliłem papierosa i wypiłem butle wody. Polazłem na działkę z myślą zaraz pójdę do sklepu
Jednak wiedziałem że mam za 6 godzin spotkanie z terapeutą. Żona umówiła nas z nim na 14:00 i albo pójdziemy tam razem albo koniec. Przecież kochałem tę kobietę, zabiegałem o nią już w liceum! A ja? Wszystko straciłem i miałem już dość! Jedno piwo mi nie pomoże! Wiem jak się to skończy, jak zwykle... Nie! Kurwa nie! 
Z takimi myślami wyciągnąłem kolejną butle wody i... kosiarkę do trawy... Skosiłem ogródek, skacowany pokręciłem się to tu ta tam cały czas odrywając myśli od butli. Jak? Kiedy się pojawiały to nie wyrzekałem się ich ale subtelnie skupiałem uwagę na czym innym. Trochę jak ktoś palnie coś niezręcznego w towarzystwie, na przykład bąka... Nie skupiając się na tym kontynuujesz rozmowę lub zajęcie ;-)

Kiedy pojechaliśmy do terapeuty okazało się że nie była to taka straszna sprawa jak by się wydawało na początku, jak zwykle z reszta, potwór w myślach jest zawsze straszniejszy od tego w rzeczywistości... Otrzymałem kartkę z zaleceniami które pomogą mi utrzymać abstynencje i do zobaczenia za tydzień...
Wróciłem do domu z dzieciństwa (żona z oczywistych powodów nie chciał mnie jeszcze przyjąć do domu co było z resztą dla mnie katalizatorem kiedy wywaliła mnie z mieszkania dzień wcześniej)

Co robić? Polazłem na spacer omijając sklep po drodze w którym byłem klientem... Nie unikałem go jak ognia ale nie pchałem się tam gdzie piłem. Zerwanie z alkoholem zawsze porównuję do bycia z dziewczyną która was rzuciła lub byliście w niej platonicznie zakochani. Oczywiście dla dla Pań nich będzie to chłopak ;-) 

Usychasz z tęsknoty a wiesz że to koniec. 
Masz dwa wyjścia, albo usychasz dalej i nie wiadomo jak skończysz bo między wami koniec. 
Albo wywalasz zdjęcie z portfela (chociaż dzisiaj to chyba z telefonu), usuwasz kontakt i nie wracasz do miłych wspomnień, miejsc i sytuacji w których byliście razem. 
Znajdujesz sobie hobby lub wracasz do starego które niestety z powodu "miłości" straciłeś... 
Logiczne że drugie wyjście jest skuteczniejsze prawda? 

Kiedy wróciłem do domu, przypomniało mi się że mam konsolę na którą kiedyś chorowałem i całą masę filmów do obejrzenia. Zanim butla całkowicie zawładnęła moim życiem lubiłem od czasu do czasu pograć czy obejrzeć film. Później nie było czasu bo albo piłem, albo gromadziłem zapasy alkoholu, albo zbierałem się po konsekwencjach picia albo też tłumaczyłem, kłamałem czy jeszcze coś... 

Kilka litrów soku pomarańczowego zaczęło przywracać mi magnez w krwi, jedzenie? Bardzo delikatnie na początku. Do tego lęk przed objawami lękowymi czy padaczką alkoholową których doświadczyłem kilka miesięcy wcześniej. No ale pić nie chciałem więc albo to przeczekam i w końcu będzie lepiej albo się nachlam i o ile przestanę to zacznę karuzele kaca giganta od nowa. Odpada! Tak na kilku filmach zjechałem do wieczora. 

Noc prawie nie przespana, oj dużo działo się w mojej głowie, baaaardzo dużo... 
Rano, pierwsze od lat śniadanie zjedzone i to w miarę ze smakiem...

Pierwszy tydzień i kolejne zeszły na trzymaniu się zaleceń. Sam nie miałem pomysłu na siebie, zresztą nie wymyśliłbym zbyt wiele. Więc wchodząc w nowe życie którego ja nie znam to albo będę się ciskał i tak daleko nie zajdę albo zaufam terapeucie, grupie czy komuś z AA bo on wie lepiej. 
No bo tak, trzeźwienie to przed wszystkim powolne ale sukcesywne czytanie siebie, uczenie się na błędach i najważniejsze, stawianie życiu czoła. 

Alkoholik pije bo ucieka przed odpowiedzialnością i problemami. Żeby nie pić trzeba je rozwiązywać w pokorze i cierpliwości a to dla nas kurwa nowość! :-D
Więc albo posłuchasz kapitana jak masz prowadzić ten statek albo dorwiesz się do steru i rozwalisz na pierwszej przeszkodzie... 
A skoro ludzie dokonali nie możliwego, nie piją! No to muszą coś o tym wiedzieć! Chyba że wolisz słuchać Janusz z pod siódemki o tym kogo by z sejmu zwolnił i jakie ustawy wprowadził. Zawsze badaj owoce tych którzy Ci podpowiadają jak masz żyć.

Tak bardzo chciałem nie pić że poddałem swoje życie w 100, no dobra w 90% ;-) zaleceniom o których napiszę w kolejnej części świadectwa :-) 
Pierwsze miesiące w trzeźwym życiu - moje świadectwo część 2

środa, 13 lipca 2016

Jestem na scenie...

Pixabay

Ten tekst napisała niezwykła, młoda kobieta. Mnie powalił na kolana, poczułem zazdrość ;-), by wzruszyć się do łez. Dający do myślenia, głęboki, dający nadzieję. Po prostu sam bym tak nie napisał :-) Dziękuje Ci Kinga :-)


Nie pić ... To znaczy ŻYĆ!!! 

Bez strachu wyjść na scenę, mieć kontrolę, słuchać i przestrzegać wskazówek reżysera. 
Nie gubić się z tekstem... 

Nie improwizować!!! Wiedzieć co dzieje się wokół, reagować z mądrością... 
Kochać  i szanować, siebie i innych... 

Mieć odwagę i siłę w sobie żeby umieć podołać przeszkodom, żeby pomóc innym... I sobie. Dążyć do rozwoju, ulepszać się, być coraz silniejszym i piękniejszym w prawdzie...     


Pić to siedzieć na widowni nieraz w ostatnim rzędzie. 

Bać się że reżyser może cię zawołać, chować się w ciemności patrzeć na scenę z daleka.
Stamtąd mało widać...

I przychodzi dzień, reżyser wypowiada twoje imię, 
wychodzisz na scenę boisz się, nie wiesz Co powiedzieć. 

Gmatwasz się, nikt ci nic nie podpowie i stoisz na środku i myślisz żeby jak najszybciej zejść i schować się w miejscu jeszcze bardziej ciemnym i oddalonym.
I nieraz uciekasz ze sceny... 

Są i ludzie którzy po wezwaniu zostają na scenie walczą, wiedzą że nie słuchali wskazówek reżysera ale próbują nadrobić... 

Ci co uciekają, chowają się, zaszywają w ciemnościach jeszcze większych, 
boją się niesamowicie, nieraz i sceny nie widać. 

Reżyser woła, wypowiada imię po raz kolejny... 
Jest jeden problem, nic nie słychać jesteś tak daleko, jest tak ciemno... a on woła... 

Nic nie słychać... A może lepiej udawać że się nie słyszy...
ciemność, strach, aż w końcu śmierć... Imię zostało wypowiedziane!!!

Wielki Reżyser wie że na scenie jest bardzo ciężko się utrzymać... 
Sam pisał scenariusze... 

Scenariusze bolesne, dramaty... Scenariusze piękne o miłości...
On je doskonale zna... On każdy scenariusz napisał... 
Nawet ten najgorszy, najboleśniejszy tak trudny do przyjścia - On je napisał 

Ze szczęśliwym zakończeniem... Trzeba tylko poczekać w pokorze... 
Wielki Reżyser wie że w zgiełku, w codziennej gonitwie, łatwo się rozproszyć, zrobić coś nie tak, zapomnieć tekst... i Co robi??? 

Podstawia suflera, Jezusa Chrystusa, to on z głębi serca sugeruje, pomaga nam się utrzymać. 
Każdy z nas ma takiego prywatnego suflera, nauczmy się go słuchać... 

Imię moje zostało wypowiedziane, nie pierwszy raz wchodzę na scenę, 
wiele razy z niej zeszłam - uciekłam jak szczur, zaszyłam się w ciemności... 

I kolejny raz usłyszałam wołanie - 

"Wróć, wejdź na scenę, zaufaj mi. Twój scenariusz jest ze szczęśliwym zakończeniem!!! 
Nie bój się, nie lękaj się..."

I zostawiłam widownie, wielu znajomych i przyjaciół na niej zostało, czekają na wołanie..: 

Jestem na scenie...

                                     Kinga