piątek, 5 stycznia 2018

Co to znaczy wsłuchać się w siebie?

Pixabay

Temat bardzo ważny bo powinien to robić każdy a niestety większość ludzi nie robi. Wśród trzeźwiejących alkoholików to dość normalna czynność bo jest to jeden z warunków zachowania abstynencji. Dzisiaj nie jest to dla mnie najmniejszy problem głównie dlatego że robię to już nawykowo ale dobrych kilka lat temu nie wiedziałem jak zacząć. Co to znaczy wsłuchać się w siebie? Czy to znaczy wziąć stetoskop i przyłożyć go do głowy? Kiedyś przyłożyłem to urządzenie po jedzeniu do brzucha i przeraziłem się co we mnie siedzi ... No ale nie o to chodzi, chociaż do stetoskopu wrócimy. Więc co? Zapraszam:

Wsłuchać się w siebie to nie tylko badanie własnych uczuć i emocji. Bardzo często mylimy tą czynność z słuchaniem siebie a jak ta jest dzisiaj nierozumiana to już nieporozumienie. Bardzo często słyszę u ludzi stwierdzenie że ktoś zrobił tak lub nie zrobił tak, bo tak czuje i już. Niestety ale ja najczęściej w takich sytuacjach to czuje pierdy... Bywa że własne też. 

Moje nie długie życie nauczyło mnie że nie można polegać wyłącznie na tym co się czuje. Pewnie, jak mnie szef w pracy gnoi i czuje skręt jelit przed wyjściem do niej to już psychosomatyka,  więc ciało krzyczy zmień robotę! Jeżeli czuje smutek, żal, bezsilność itd w związku z pijącym członkiem rodziny to również są to ważne sygnały których należy słuchać. Ale nie można polegać wyłącznie na własnych emocjach kiedy chcesz się rozwijać!

Rozwój zawsze, absolutnie zawsze oznacza wyjście ze strefy komfortu. Jak się chcesz czegoś uczyć to zawsze potrzebujesz coś poświęcić, czas, pieniądze, niekiedy zdrowie czy chociażby pychę (pycha uważa że wie wszystko a pokora uczyć się chce całe życie) Poświęcenie jest na ogół nie przyjemne więc jest wyjściem ze strefy komfortu. Przykład.

Jak przestałem pić to nie chodziłem z żoną na zabawy taneczne bo uważałem że taniec to rozrywka dla mas, to nie dla mnie nie czuje tego... Wiecie jaka była prawda? Czuć to było tylko mój smród w majdach, bałem się tańczyć bez promili bo moje ego bało się oceny! 

Kiedy przestałem pić po jakimś czasie "nie lubiłem" jeździć samochodem bo uważałem że motoryzacja nie jest dla mnie. Prawdą było to że bałem się jeździć autem i nic więcej! Podobnie jak z tańcem, poproszenie żony na salę było dla mnie ogromnym wyjściem ze strefy komfortu tak jak przymuszenie się do jeżdżenia autem.

Takich wyjść ze strefy komfortu miałem setki, od zmiany pracy po powiedzenie komuś czegoś co chciałem od dawna powiedzieć. Od zmiany światopoglądu po powrót do Boga przez kościół katolicki. Oczywiście są sytuacje że boję się zmian ale staram się już nazywać je po imieniu nie szukając wymówek że to on, że to przez niego albo że tak czuję...

Wróćmy do tematu, wsłuchanie się w siebie nie znaczy tylko słuchanie własnych uczuć i emocji bo te mogą Cię zwieść. Masz żonę a zauroczysz się w koleżance w pracy? Nie słuchaj tego co czujesz bo za chwilę Ci przejdzie a konsekwencje pociągną skutki na całe życie, Twoje i Twoich dzieci! 
Masz kilka pomysłów które mogą się udać i możesz nieźle zarobić z małym ryzykiem? Masz możliwość awansu czy podjęcia dobrej pracy? Uczucia mogą Ci podpowiadać że sukces jest zły ale prawdą może być fakt że boisz się porażki! 
Nie możemy polegać wyłącznie na tym co czujemy.

W wsłuchaniu się w siebie należy przed wszystkim używać umysłu do krytycznej analizy. Tu znowu jak słyszymy krytyczna analiza to na myśl może przyjść hejt i mowa nienawiści. Poważnie, masakra jakaś z tym przewartościowaniem słów. Hejt to zbesztać kogoś bez argumentów w obronie własnej pychy lub dla skrzywionej przyjemności. Krytykować to poddawać analizie w celu szukania błędów. 

Kochani, poważnie, wszystko, absolutnie wszystko a zwłaszcza własne postępowanie poddawajcie krytycznej analizie! Po co i dlaczego tak zrobiłem to ważniejsze pytania niż po co on tak robi?
Żyjemy w czasach gdzie jesteśmy manipulowani na każdym kroku. Producenci wciskają nam że bez tego czy tamtego nie jesteśmy kompletni. Jeżeli czegoś pragniesz to zanalizuj to pragnienie, czy naprawdę tego potrzebujesz, co Ci to da. Skąd jest to pragnienie i dokąd Cię zaprowadzi, czy miałeś już podobną sytuację w przeszłości i jak ona się zakończyła. 

Media nie są wiele lepsze. Przerażające jest to że możesz mi powiedzieć jaką oglądasz stacje telewizyjną a ja powiem Ci w 95% jaką partię polityczną popierasz. Dziennikarz zawsze powinien przedstawiać prawdę a ta jest jedna. Nie mam telewizji już od paru lat w domu ale kiedy jestem u kogoś i oglądam wiadomości to uszy więdną a ja zastanawiam się czy te stacje mówią o tym samym państwie. Oczywiście sytuacja dotyczy tych pro i anty rządowych mediów. Jak łatwo sprawdzić czy jestem ofiarą manipulacji czy naprawdę mam takie zdanie? Otóż ofiara manipulacji trzyma się czegoś a nie potrafi tego uargumentować w żaden sposób a jej odpowiedzi to albo nie zręczna cisza, albo tak bo tak / nie bo nie, albo spieprzaj dziadu.

Wszystko kochani co nam ktoś chce dać, czy to przedmiot czy informację, czy ideologię. Wszystko oglądajmy dookoła by upewnić się co to jest naprawdę. Oczywiście pewne rzeczy wychodzą po czasie ale jeżeli będę badał siebie to dowiem się dość prędko. 

Nie ma analizowania siebie bez narzędzi. Naszym duchowym stetoskopem jest nasze sumienie. Oczywiście i ono uległo zniekształceniu. Sumienie to nie wewnętrzny krytyk. Kiedy piłem i byłem przy samym dnie to krytyk mówił mi, Ty łajzo, ty nic nie warta świnio, jesteś dno, jesteś skończony, zdechniesz w rowie a Twoja żona ułoży sobie życie. 
Sumienie natomiast mówiło, Fakt, jesteś w czarnej dupie ale jest wyjście, idź na terapię chłopie, walcz o ukochaną! 
Jest różnica? Jest, prawda?

Krytyk to hejter, to głos naszych niekiedy rodziców, nauczycieli czy idoli. Sumienie to głos Siły Wyższej cokolwiek o niej myślisz. Wewnętrzny krytyk zawsze podcina skrzydła, sumienie mówi zawsze jak je naprawić. Dlaczego więc częściej słuchamy krytyka a nie sumienia? Bo krytyk Cię zgnoi ale nie każe nic zmieniać a sumienie powie Ci prawdę ale też poderwie Cię do zmian a każda zmiana to wyjście ze strefy komfortu bo już na wejściu należy przyznać że było się w błędzie. 

Oczywiście można żyć w przekonaniu że 2+2=5 (niektórzy tak liczą wypłatę ;-) ) Ale czy to coś zmieni, czy to spowoduje że będzie Ci w życiu lepiej? 

Krytyk potrafi Cię zbluzgać w hałasie, sumienie potrzebuje ciszy a my bardzo jej unikamy, tv, radio, internet. Jak nie to to sprzątasz mieszkanie lub gadasz chociaż o pogodzie. Nie znosimy ciszy bo w niej dowiadujemy się prawdy o sobie. 

Wsłuchanie się w siebie a więc krytyczna analiza wszystkiego z sobą na czele jest bardzo ważna bo jeżeli cokolwiek chcemy zmienić to siebie. Wiem że brzmi to jak banał z memów na demotach ale tak jest! 
Nie ma rozwoju bez nauki (nie koniecznie akademickiej) nie ma nauki bez analizy, nie ma analizy bez wyjścia ze strefy komfortu.

Na koniec ważna rzecz, potrzebujemy lustra, opozycji wśród ludzi. Normalne że każdy z nas dobiera znajomych według systemu wartości jakim żyje ale nie można mieć tylko takich znajomych. Potrzebujemy ludzi z różnych środowisk bo w pewnym momencie stworzymy sobie laboratorium w którym wszystko będzie sielanką ale kiedy wyjdziemy na zewnątrz a wyjdziemy na pewno okaże się że świat nie jest do końca taki jak nam się wydawało. Kontakt z różnymi ludźmi nie wepchnie nas w skrajność. Po za tym wśród ludzi docieramy się, jesteśmy zdolni do ugody, poświęceń czy większej empatii. 

Proszę Cię teraz byś w ciągu najbliższych dni posiedział w ciszy, jadąc do pracy, idąc spacerem czy siedząc w domu. Nie włączaj niczego co by cię rozpraszało, odłóż telefon i nie udawaj że coś musisz natychmiast zrobić bo najpewniej nie musisz. Pobądź tak z godzinę i posłuchaj sumienia. Krytyk będzie kłamał więc będzie Ci mówił ale jesteś beznadziejny, nic nie robisz, czas leci. Niekiedy powie ale jesteś zajebisty, tak dobrze medytujesz, jesteś najlepszy! Sumienie jest mniej hałaśliwe, mniej narzucające się, jest bardziej ciche ale jak powie... to będziesz wiedział że to ono. Jak mawiał mój idol Prawda Cię wyzwoli (ale najpierw wkurzy) 

Dobrego dnia kochani, SB

wtorek, 26 grudnia 2017

Q&A - współuzależnienie




Pytania i odpowiedzi z emaili czytelników i czytelniczek. Współuzależnienie.


Proszę mi powiedzieć jak to jest z...miłością... tzn czy mężczyzna uzależniony od piwa,wódki,tabletek psychotropowych, od pracy, czy potrafi kochać?

Każdy uzależniony jest paskudnie poraniony ale przed wszystkim jest egoistą a to z definicji przekreśla miłość. Posłuchaj, w każdym, nawet w najgorszym alkoholiku, narkomanie itd. jest odrobina światła co nie zmienia faktu że taka osoba w pierwszej kolejności myśli o zaspokojeniu własnych potrzeb. Alkoholik, czynny alkoholik stawia alkohol czy inne używki nad pozostałe wartości więc jeżeli pytasz czy bardziej kocha Ciebie czy butlę to powiem tak, być może i to całkiem możliwe gdzieś głęboko w środku kocha Ciebie i bliskich jednak ja uważam że najlepszym sposobem na sprawdzenie tego są te słowa: "Po owocach ich poznacie" a jak się domyślam po owocach wychodzi że jednak bardziej kocha butlę... 
Tak, dla czynnego alkoholika pierwszą kochanką jest butelka. Czy to znaczy że masz się na nim mścić lub litować? Kłamstwo wybiera niemal zawsze skrajności więc nie! Trzeba oddzielić alkoholizm i postępowanie od człowieka i nie oceniać całości a po prostu jego chorobę jak by to była cukrzyca. Jedno jest pewne, nie zmotywujesz alkoholika do leczenia głaszcząc go po głowie, musi sam odczuć konsekwencje picia  a do tego jest potrzebna twarda miłość: LINK

Czy w uzależnieniu i współuzależnieniu nie gubi się miłość ?

Oczywiście że się gubi, jak nie ma relacji, rozmowy, radości z seksu, wsparcia, zrozumienia i akceptacji w różnicach mężczyzny i kobiety to się gubi. Nie trzeba żyć w trójkącie z butla by miłość się pogubiła. W związku z alkoholem nie ma zaufania a to już przekreśla miłość. Tak, wiem że zaufanie jest w pewnym sensie oczekiwaniem że ktoś zachowa się tak jak tego chce ale czy jest coś złego w tym że liczysz na to by facet nie wrócił na autopilocie do domu z wypłatą? 

Małżeństwo polega na docieraniu się poprzez oczekiwania i akceptacje w drugiej osobie. Uważam że kiedy dwoje naprawdę chce dobrego związku to małżeństwo jest wspaniałą ścieżką rozwoju osobistego i duchowego, ale kiedy nie chcą współpracować to czeka ich "piekło", oczywiście tu, na ziemi. Ale to długi temat, więc powiem jeszcze raz, nie ma mowy by z alkoholem w nadmiarze stworzyć dobry związek. Ba, nie mam mowy kiedy ktoś przestanie pić a nie podejmie leczenia. To życie z granatem w tyłku, poczytaj sobie o nawrocie choroby alkoholowej i głodzie : LINK życie z alkoholikiem na głodzie to nieporozumienie!. 

Powiem jeszcze więcej, kiedy się poznaliście zakładam że nie było takiego problemu lub byłaś zauroczona (nie mylić z miłością bo ją się wypracowuje latami, zauroczenie to nic więcej jak chemia w mózgu) więc mieliście podobny system wartości itd. Kiedy on czy ona przestanie pić i podejmie leczenie w AA lub terapii nie będzie jak kiedyś. Rozwój osobisty i duchowy zwiększy wrażliwość, zmieni się system wartości i nagle zaczniecie się mijać. Kiedy jedno idzie do przodu a drugie zostaje to za kilka lat nie będziecie mieli o czym rozmawiać. Jesteście jako para jednym i całość powinna się rozwijać a nie ja nie pójdę na terapie bo to on chla. Oczywiście podstawowym problemem jest alkoholizm i to z nim trzeba się najpierw uporać ale z doświadczenia wiem że kiedy alkoholik naprawdę trzeźwieje nie zawsze jest jak by się oczekiwało...

Czy łatwo jest pomylić miłość z litością? 

Tak, to tak zwana małpia miłość, znaczy nie wiem czy tak zwana oficjalnie bo to zwrot jakiego moja żona używa :-) Miłość jest bardzo nadwyrężonym pojęciem. Kochać nie znaczy się na wszystko godzić ba taka miłość może krzywdzić. Aby dorosła osoba cokolwiek osiągnęła w życiu musi się uczyć odpowiedzialności za siebie, za bliskich i za podwładnych. Może to staroświecko brzmi ale tak jest. Małpia miłość to niby pomaganie ale tak naprawdę szkodzenie. Jak się sprząta po alkoholiku to zdejmuje się konsekwencje z jego picia a więc też szansę na naukę odpowiedzialności za siebie. Jak się za dziecko robi lekcje to to samo. Kochać to powiedzieć komuś prawdę jeżeli ta ma mu pomóc. Jeżeli nikt bliski Ci nie powiedział czegoś niewygodnego w ostatnim roku znaczy że nie otaczają Cię ludzie którzy Cię naprawdę kochają. Oczywiście nie mam na myśli zwykłego hejtu a coś co by Ci pomogło. Błędy popełniamy wszyscy, jeżeli chcemy się na nich uczyć to trzeba to przyjąć do wiadomości :-)

 Ja rozumiem że ciężko się patrzy, zwłaszcza matce jak jej ukochane dziecko się zatraca ale nie można dorosłemu człowiekowi umownie tyłka podcierać bo to nie miłość a pycha. Moje dziecko, moje wychowanie, moja miłość, tak, moje, moje, moje. Nie, nikt nie należy do mnie i do Ciebie. Z wychowaniem dzieci jest jak ze strzałą, należy ją solidnie przygotować by w końcu ustawić w łuku i puścić. To nie moje, nie pamiętam kto to powiedział. Bardzo często jest tak że matka za wszelką cenę nie chce zaakceptować uzależnienia własnego dziecka bo musiała by uznać że "Moje" wychowanie gdzieś zawiodło chociaż częściowo... Więc sprząta ile wlezie po swoim kwiatuszku nazywając to miłością. No nie, miłość to nie poprawność polityczna. Oczywiście jak ktoś chla to nie może obwiniać wszystkich za to a się zabrać za robotę. Złe dzieciństwo czy dorastanie to nie zniżka na pierdolino, to solidna para butów do wędrówki na szczyt. 

Czemu alkoholik nie chce się leczyć?

Bo ma wielkie ego. Każdy z nas ma ego i nikt nie lubi jak się nam zwraca uwagę i podważa światopogląd. Im większe ego tym większe przekonanie o własnej racji a racja jest jak dupa, każdy ma swoją. Prawda natomiast jest jedna nie rzadko zupełnie inna niż się na początku wydaje. Pójście na terapię, rozwój osobisty i duchowy zawsze wiąże się z podważeniem własnego światopoglądu, zawsze wiąże się z pokornym przyznaniem się do popełnionych błędów. Lekko nie jest powiedzieć przed sobą że przez ileś lat źle się postępowało bądź uparcie trzymało jakiejś fikcji. Można się przyzwyczaić bo pęknięcie bańki kłamstw na własny temat jest bardzo uwalniające ale nim się to stanie to lekko nie jest a strach jeszcze większy. 
Wszyscy jednogłośnie mlaskamy że każdy popełnia błędy... tak ale kiedy ktoś zwraca nam uwagę to nie wielu chce z tego lekcje wyciągnąć... Wyobraź sobie że mówię Ci, pójdź na terapię współuzależnienia lub DDA a Twoje życie za kilka miesięcy będzie zupełnie inne a za dwa lata to sama się nie poznasz, oczywiście na plus. To jak, szukasz już najbliższego ośrodka terapeutycznego? No właśnie, wyobraź sobie że alkoholik ma z tym większy problem bo ma większe ego...

Dlaczego wie,że jest uzależniony, ale ma różowe okularki, przez które widzi same plusy.
Zaprzeczenie – jeden z narcystycznych mechanizmów obronnych znanych w psychologii i psychoanalizie, pokrewny wyparciu.
Zaprzeczanie to fałszowanie obrazu teraźniejszości poprzez nieprzyjmowanie do wiadomości realnych faktów, w celu odsunięcia negatywnych myśli i uczuć, które mogłyby się z tym wiązać. Spostrzeganie rzeczywistości zachodzi z unikaniem uświadomienia sobie jej przykrych aspektów. (wikipedia)
Mechanizm iluzji i zaprzeczeń, to jeden z trzech mechanizmów alkoholizmu. Więc alkoholik z definicji nie chce tak od razu podejmować leczenia.

A na słowo leczenie dostaje drgawek i mówi,że pójdzie owszem,ale jak wyjdzie to się nachleje do nieprzytomności.

Bo strach przed zmianą i przyznaniem się do błędu go paraliżuje, bo zrobi na złość (często piłem na złość żonie) ale to tylko tania prowokacja bo jak by nic mi nie gadała to bym inny powód znalazł do picia. 

Czemu ja tak strasznie boję się ,żeby on odszedł?

Bo jesteś współuzależniona: LINK

Czy trzeba koniecznie się rozstać,żeby naprawić miłość?

Nie, żeby naprawić miłość potrzebujecie oboje się rozwinąć, oboje potrzebujecie pomocy, oboje musicie się zmienić (oczywiście pijący bardziej) Konsekwencje picia mogą wzbudzić w alkoholiku iskrę do przerwania tego błędnego koła. Tylko konsekwencje to mogą zrobić ale niestety nie zawsze robią. Tak czy siak separacja może coś zmienić bo robiąc cały czas to samo nie oczekuj zmian. Czyli w sumie nic do stracenia a jest szansa na odzyskanie faceta w którym się zakochałaś z wielkim bonusem :-)

Czy to wogóle jest możliwe?

Nadzieja umiera ostatnia. Jak ja przestałem pić to chyba każdy potrafi a była to pierwsza rzecz w życiu co mi wyszła.

Czemu on nie rozumie,że mnie krzywdzi,że jest egoistą i jakby dzieckiem?

Bo jest uzależniony.

Najbardziej boli mnie gdy jednego dnia mówi,że mnie kocha,a po trzech dniach jednak dochodzi do wniosku,że jednak nic do mnie nie czuje.

Jest nie stabilny emocjonalnie, jak każdy uzależniony. 

Ja wiem,że to ja coś żle robię,ale co?

Coś na pewno ale się nie katuj, podstawowym problemem jest alkoholizm mężczyzny z którym chcesz iść przez życie a nie Twoje wady. Na pewno je masz i oczywiście w terapii możesz je poznać i zlikwidować, chcesz? Powiedz facetowi na jasnych zasadach. Jak podejmie leczenie to ty z nim, jak nie to żegnaj. Bądź jednak gotowa na może chwilowe rozstanie, może na dłuższe... Życzę wam jak najlepiej i chętnie bym wam pomógł ale to wy, musicie postawić pierwsze kroki. Ty już kroczek masz za sobą, napisałaś do mnie. Jedno jest pewne, stojąc w miejscu (robiąc cały czas to samo) nic się nie zmieni... 

sobota, 23 grudnia 2017

Bezsilność

Pixabay


A mnie nic nie wyszło...
  1. Od momentu, kiedy picie alkoholu przez mojego męża zaczęło mi przeszkadzać (po dwudziestu latach wydawało mi się udanego małżeństwa), szukałam sposobu, aby "coś" z tym zrobić. 
  2. Poszłam na terapię dla współuzależnionych. Tam dowiedziałam się, że mąż jest prawdopodobnie alkoholikiem i że pomóc mu można nie pomagając. Spotkałam się także z trzeźwiejącym alkoholikiem, prowadzącym terapię dla alkoholików. Długo rozmawialiśmy o tym, że jedyną miłością alkoholika jest alkohol i do czego jest zdolny uzależniony, aby go zdobyć. O tym jak wykorzystuje rodzinę, manipuluje, oszukuje, o tym jakie argumenty na niego nie działają a co może poskutkować w namawianiu go do "zrobienia porządku ze swoim piciem". 

  3. Zaczęłam działać - najpierw były rozmowy, próby pokazania, że picie jest złe, że źle wpływa na nasze relacje, na życie rodzinne, że przez picie mąż zaniedbuje dzieci, mnie, swoje obowiązki itd. Efektem było zdenerwowanie męża i bagatelizowanie problemu, a raczej wypieranie go. Zorganizowałam więc spotkanie rodzinne - ja, dzieci, jego liczne rodzeństwo (z mężem jest ich siedmioro). Poprosiłam, aby wszyscy napisali do niego listy, w których opisują co czują w związku z jego piciem. Było to coś w rodzaju interwencji - mąż wiedział tylko, że będzie miał gości, ale nie wiedział po co przyjadą. Wszyscy mówili o tym jak martwią się o niego, jak go kochają i że nie chcą, aby niszczył swoje zdrowie. Ja z córkami mówiłyśmy o tym jak nam go brakuje, jak się od nas oddala, że czujemy się opuszczone, samotne, zaniedbane. Po czym wszyscy wręczyliśmy mu te listy. 

  4. Oczywiście mąż stwierdził, że on nie ma żadnego problemu, ale udało mi się go namówić, aby spotkał się z psychologiem w ośrodku, aby sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma problemu. Niestety w dniu wizyty w ośrodku mąż stwierdził, że nigdzie nie zamierza iść, bo to ja wymyślam problem, a nie on. Efekt tych działań był taki, że zaczął więcej pić, a mnie robił wyrzuty, że "rozgadałam" o problemie w rodzinie i zrobiłam z niego alkoholika. 

  5. Zaczęłam więc wcielać w życie twardą miłość, oczywiście na ile mogłam. Przestałam prać jego brudną odzież, podstawiać mu jedzenie pod nos. Mówiłam, że skoro ma czas na picie zamiast iść do pracy, to może też sobie naszykować jedzenie. Mąż w międzyczasie stracił pracę, a na alkohol zdobywał pieniądze robiąc tak zwane fuchy - ja mu pieniędzy nie dawałam. Starałam się także, aby z tego co zarobi utrzymał chociaż samochód. Nic to nie dawało. Odnosiłam wręcz wrażenie, że każde moje działanie wywołuje u niego chęć robienia na złość. 

  6. W końcu doszło do tego, że poinformowałam go, że jeśli nic nie zrobi z piciem, nasze relacje ulegną znacznemu ochłodzeniu. Miałam nadzieję, że będzie to na tyle ważny element naszego życia, że chociaż spróbuje coś zmienić. Starczyło mu chęci na mniej więcej miesiąc. Potem wrócił do picia, a mnie pozostało być konsekwentną w działaniu. 

  7. Jego alkoholizm pogłębiał się, wycofał się zupełnie z życia rodzinnego, nie odwiedzał z nami bliskich, a ja robiłam swoje. Zajmowałam się swoim życiem. Starałyśmy się z córkami normalnie żyć, bywać u rodziny, w teatrze, kinie, na wystawach. Chciałam mu przez to pokazać, jak wiele traci z życia mojego i swoich córek. Jak omija go wiele ważnych spraw - matura córki, obrona drugiej, odnoszone przez nie sukcesy itp. Nic go nie interesowało. 
  8. Tylko pił, zaczepiał mnie i córki, poniżał, wyzywał, upokarzał, szantażował, terroryzował psychicznie i coraz więcej pił. Na próby rozmawiania z nim reagował agresją i mówił, że on nie ma żadnego problemu. W końcu doszło do tego, że podczas awantury z rozbijaniem talerzy, musiałam wezwać policję. Następny krok, to zgłoszenie go do komisji leczenie uzależnień. W efekcie wyrokiem sądu dostał nakaz zgłoszenia się na leczenie. Bez skutku. Pozostała mi już tylko separacja i tak też zrobiłam.
Cały czas mówiłam, że to wszystko efekty jego picia, co wzmagało w nim tylko większą wściekłość, chęć wyżywania się na mnie i picie jeszcze więcej. Oczywiście dom i rodzinę utrzymywałam ja, a on podnosił się z kanapy tylko wtedy, kiedy brakowało mu pieniędzy na alkohol. Postanowiłam, że muszę odejść, bo tylko wtedy będzie zmuszony wziąć życie w swoje ręce, będzie musiał się utrzymać, pójść do pracy i może chociaż ograniczyć picie. Nie chciałam, żeby umarł. Miałam także nadzieję, że moje odejście postawi go do pionu, że groźba utraty rodziny zmusi go do zaprzestania picia. 

Pomyliłam się... Odchodziłam od niego trzy miesiące - sprawy majątkowe, które musiałam załatwić, ponieważ bałam się, że wszystko zadłuży. W tym czasie znalazł sobie pracę i na tym koniec. Nie zrobił nic, aby ratować nasze małżeństwo. Obraził się, był wściekły, nie widział powodu dla którego chcę odejść, bo on przecież nie ma problemu z alkoholem. 

Odeszłam więc, a córki razem ze mną, bo nie chciały z nim zostać, ponieważ je także poniewierał i poniżał. A on po czterech miesiącach sprowadził do naszego mieszkania alkoholiczkę i z nią żyje. I takie są efekty moich starań, szarpaniny, która trwała sześć lat. Tak bardzo uwierzyłam w skuteczność twardej miłości, że trudno mi zaakceptować porażkę. Czasem nawet myślę, że musiałam zrobić coś źle, może za mało próbowałam rozmawiać, co nie było łatwe, bo on nie chciał. Może moja postawa była niewłaściwa - nie byłam miła, raczej starałam się go ignorować jak był pijany, zwłaszcza gdy mnie zaczepiał. Czasem tylko nie wytrzymywałam nerwowo i coś mu "odpyskowałam", jak mnie obrażał, lub straszył, czy szantażował. 

W momentach trzeźwości też trudno było być szczególnie miłym, ponieważ nigdy za nic mnie nie przeprosił był nerwowy, małomówny, sprawiał wrażenie osoby urażonej. Nie wiem co mam o tym 
wszystkim myśleć, ale nie tak to miało być... 

Może przynajmniej innym współuzależnionym moja historia przyniesie jakiś pożytek.

sobota, 16 grudnia 2017

Trzymać czy nie trzymać alkohol w domu?

Pixabay

Częste pytanie jakie stawia sobie młody wilk na początku drogi. Trzymać czy nie trzymać alkohol w domu. Przecież jak nie chce pić to się człowiek nie na pije a jak chce pić to z pod ziemi wykopie, prawda? Tak... i nie! Dlaczego? Zapraszam:

Jak to jest z tym zapasem alkoholu w domu. Po pierwsze zapasy z definicji tworzy się na później na trudniejsze czasy. Z czego się tworzy te zapasy? Z tego czego będzie brakować. Więc jeżeli spodziewamy się zimy a np. wiemy że w Polsce zima trwa kilka miesięcy więc robimy zapasy żywności bo od jesieni do wiosny słabo w owoce i warzywa. To znaczy dzisiaj nie my robimy zapasy a robią to hurtownicy, przetwórnie lub żywność jest po prostu sprowadzana. Swoją drogą uważam że nie jest to idealne choć wygodne rozwiązanie. Dlaczego? Markety mają na stanie żywności na 3-5 dni, dolicz do tego to co masz w lodówce i gdyby system zawiódł  na przykład od hiper inflacji po przerwy w dostawach prądu to od spokojnego państwa do anarchii dzieli nas tydzień...Oczywiście należy liczyć na rząd ale doświadczenie mi podpowiada że jak umiesz liczyć, licz na siebie. 

Po tej dygresji przejdźmy do tematu głównego. W odpowiedzi na pytanie ze wstępu zgadzam się z tym że jak ktoś nie chce pić to się nie napije a jak chce to z pod ziemi wykopie. 
Kiedy piłem to nie było dla mnie sytuacji że sobie nie wypiję. Wstawać co najmniej półtorej godziny przed czasem by wypić kilka piw o piątej rano nie było czymś egzotycznym podobnie jak pójście kilka kilometrów zimą w nocy na stacje paliw, przepłacić za alkohol tylko po to by się dopić. A uwierz że gorsze, znacznie gorsze rzeczy byłem w stanie zrobić dla papu. Zapasy robiłem zawsze kiedy wiedziałem że dostęp będzie ograniczony (głównie święta) Jednak ile bym nie miał nagromadzone i tak zawsze było za mało. A jaka była niespodzianka kiedy zapomniałem gdzie schowałem i po tygodniach to pod podłogą, za szafą czy głęboko w aucie schowane się odnajdywało...Maskara jakaś!

Z drugiej strony kiedy przestałem pić to pierwsze półtorej roku mieszkałem nad sklepem monopolowym za każdym razem kiedy wchodziłem lub wychodziłem z domu mijałem skrzynki z na szczęście pustymi butlami. Jednak miałem dostęp alkoholu praktycznie na zawołanie a mimo to nie napiłem się. 

No i co z tego! Cała sztuka polega na tym by pewne rzeczy sobie utrudnić! To jest oczywiste że jak się uprę to się napije! Ale jak zrobię sobie schody, jak sobie utrudnię dostęp do alkoholu to będę miał czas na przemyślenie mojego zachowania, będę miał czas na telefon do znajomego. Będę miał czas na zatrzymanie się. 

Jak trzymasz w domu alko może Ci tego czasu zabraknąć. To logiczne że dłużej trwa ubranie kurtki, wyjście z domu chociaż za róg do monopolowego niż zerwanie dupska z kanapy do barku. Po za tym wiem że głód czy nawrót alkoholowy potrafią zadziałać podstępnie i nawet nie spodziewasz się kiedy spontanicznie sięgniesz po butelkę. Powiedzmy wprost, alkohol w domu trzeźwiejącego alkoholika to tykająca bomba! Nie ma co! Należy sobie utrudniać dostęp do alkoholu by mieć czas na myślenie! 

Kolejna sprawa jest taka że po co Ci alkohol w domu kiedy nie pijesz? No na logikę! Jeździsz na nartach? Ja akurat nie, więc nie mam w domu nart! Chorujesz na cukrzyce? Ja nie, więc nie mam w domu insuliny! Masz kosiarkę do trawy? Ja mam, na benzynę więc nie trzymam zapasu oleju napędowego w garażu! Nie piję więc nie mam alkoholu w domu. 

Oczywiście, może być taka sytuacja że inni domownicy piją i wówczas pozostaje tylko rozmowa i próby wytłumaczenia że to Ci szkodzi i nie chcesz mieć pola minowego w mieszkaniu. Alkohol jest dostępny w Polsce bardziej niż chleb i mówię to poważnie! Jak będzie potrzeba to zawsze mogą bliscy kupić po wyjściu z domu. Spotkania mogę też odbywać się bez alkoholu. Mój dom czy wcześniej mieszkanie odwiedziło bardzo wiele osób z rodziny i znajomych od 2009 roku bez jednego piwa na stole i wszyscy byli zadowoleni. Ci którzy sobie nie wyobrażali spotkania bez alkoholu i tak maja mnie za dziwaka więc naturalnie się wykruszyli. Mój dom i u mnie się nie pije! Ale ze mnie rasista i ksenofob prawda ;-) 

Nie pije więc nie mam alkoholu w domu, jestem alkoholikiem, trzeźwiejącym ale jednak alkoholikiem więc w kwestii % nie mogę polegać na sobie. Wolę wyprzedzać własne gorsze dni i nie obstawiać się minami. 

Skoro jestem przy temacie dostępu do alkoholu w domu czy po za nim. W rządzie nie tak dawno temu pojawiła się ustawa o ograniczeniu dostępu do alkoholu. Ja jestem za! Po pierwsze nie jestem wrogiem alkoholu! Po drugie dupa mnie nie boli że ja "nie mogę" pić. Oczywiście że mogę, mam skończone 18 lat! Ja nie chcę! 
Ale moi drodzy, jeżeli w naszym cudownym kraju który kocham z jego wadami i zaletami w samej Bydgoszczy mamy tyle sklepów monopolowych co w całej Norwegii to coś nie gra prawda? 
Na stacji paliw czy w małych po PGR wioskach nie zawsze znajdziesz żywność ale alkohol tak! To jest patologiczna sytuacja! Oczywiście ograniczenia wprowadzałbym przez kilka-kilkanaście lat by nie narosło jak grzybów po deszczu melin ale tym niech się zajmą Ci których żeśmy do władzy wynajeli. 

Lepiej gromadzić pieniądze i żywność na czarną godzinę niż alkohol, wszystkim wyjdzie to na zdrowie :-) Miłego kochani, SB