wtorek, 26 grudnia 2017

Q&A - współuzależnienie




Pytania i odpowiedzi z emaili czytelników i czytelniczek. Współuzależnienie.


Proszę mi powiedzieć jak to jest z...miłością... tzn czy mężczyzna uzależniony od piwa,wódki,tabletek psychotropowych, od pracy, czy potrafi kochać?

Każdy uzależniony jest paskudnie poraniony ale przed wszystkim jest egoistą a to z definicji przekreśla miłość. Posłuchaj, w każdym, nawet w najgorszym alkoholiku, narkomanie itd. jest odrobina światła co nie zmienia faktu że taka osoba w pierwszej kolejności myśli o zaspokojeniu własnych potrzeb. Alkoholik, czynny alkoholik stawia alkohol czy inne używki nad pozostałe wartości więc jeżeli pytasz czy bardziej kocha Ciebie czy butlę to powiem tak, być może i to całkiem możliwe gdzieś głęboko w środku kocha Ciebie i bliskich jednak ja uważam że najlepszym sposobem na sprawdzenie tego są te słowa: "Po owocach ich poznacie" a jak się domyślam po owocach wychodzi że jednak bardziej kocha butlę... 
Tak, dla czynnego alkoholika pierwszą kochanką jest butelka. Czy to znaczy że masz się na nim mścić lub litować? Kłamstwo wybiera niemal zawsze skrajności więc nie! Trzeba oddzielić alkoholizm i postępowanie od człowieka i nie oceniać całości a po prostu jego chorobę jak by to była cukrzyca. Jedno jest pewne, nie zmotywujesz alkoholika do leczenia głaszcząc go po głowie, musi sam odczuć konsekwencje picia  a do tego jest potrzebna twarda miłość: LINK

Czy w uzależnieniu i współuzależnieniu nie gubi się miłość ?

Oczywiście że się gubi, jak nie ma relacji, rozmowy, radości z seksu, wsparcia, zrozumienia i akceptacji w różnicach mężczyzny i kobiety to się gubi. Nie trzeba żyć w trójkącie z butla by miłość się pogubiła. W związku z alkoholem nie ma zaufania a to już przekreśla miłość. Tak, wiem że zaufanie jest w pewnym sensie oczekiwaniem że ktoś zachowa się tak jak tego chce ale czy jest coś złego w tym że liczysz na to by facet nie wrócił na autopilocie do domu z wypłatą? 

Małżeństwo polega na docieraniu się poprzez oczekiwania i akceptacje w drugiej osobie. Uważam że kiedy dwoje naprawdę chce dobrego związku to małżeństwo jest wspaniałą ścieżką rozwoju osobistego i duchowego, ale kiedy nie chcą współpracować to czeka ich "piekło", oczywiście tu, na ziemi. Ale to długi temat, więc powiem jeszcze raz, nie ma mowy by z alkoholem w nadmiarze stworzyć dobry związek. Ba, nie mam mowy kiedy ktoś przestanie pić a nie podejmie leczenia. To życie z granatem w tyłku, poczytaj sobie o nawrocie choroby alkoholowej i głodzie : LINK życie z alkoholikiem na głodzie to nieporozumienie!. 

Powiem jeszcze więcej, kiedy się poznaliście zakładam że nie było takiego problemu lub byłaś zauroczona (nie mylić z miłością bo ją się wypracowuje latami, zauroczenie to nic więcej jak chemia w mózgu) więc mieliście podobny system wartości itd. Kiedy on czy ona przestanie pić i podejmie leczenie w AA lub terapii nie będzie jak kiedyś. Rozwój osobisty i duchowy zwiększy wrażliwość, zmieni się system wartości i nagle zaczniecie się mijać. Kiedy jedno idzie do przodu a drugie zostaje to za kilka lat nie będziecie mieli o czym rozmawiać. Jesteście jako para jednym i całość powinna się rozwijać a nie ja nie pójdę na terapie bo to on chla. Oczywiście podstawowym problemem jest alkoholizm i to z nim trzeba się najpierw uporać ale z doświadczenia wiem że kiedy alkoholik naprawdę trzeźwieje nie zawsze jest jak by się oczekiwało...

Czy łatwo jest pomylić miłość z litością? 

Tak, to tak zwana małpia miłość, znaczy nie wiem czy tak zwana oficjalnie bo to zwrot jakiego moja żona używa :-) Miłość jest bardzo nadwyrężonym pojęciem. Kochać nie znaczy się na wszystko godzić ba taka miłość może krzywdzić. Aby dorosła osoba cokolwiek osiągnęła w życiu musi się uczyć odpowiedzialności za siebie, za bliskich i za podwładnych. Może to staroświecko brzmi ale tak jest. Małpia miłość to niby pomaganie ale tak naprawdę szkodzenie. Jak się sprząta po alkoholiku to zdejmuje się konsekwencje z jego picia a więc też szansę na naukę odpowiedzialności za siebie. Jak się za dziecko robi lekcje to to samo. Kochać to powiedzieć komuś prawdę jeżeli ta ma mu pomóc. Jeżeli nikt bliski Ci nie powiedział czegoś niewygodnego w ostatnim roku znaczy że nie otaczają Cię ludzie którzy Cię naprawdę kochają. Oczywiście nie mam na myśli zwykłego hejtu a coś co by Ci pomogło. Błędy popełniamy wszyscy, jeżeli chcemy się na nich uczyć to trzeba to przyjąć do wiadomości :-)

 Ja rozumiem że ciężko się patrzy, zwłaszcza matce jak jej ukochane dziecko się zatraca ale nie można dorosłemu człowiekowi umownie tyłka podcierać bo to nie miłość a pycha. Moje dziecko, moje wychowanie, moja miłość, tak, moje, moje, moje. Nie, nikt nie należy do mnie i do Ciebie. Z wychowaniem dzieci jest jak ze strzałą, należy ją solidnie przygotować by w końcu ustawić w łuku i puścić. To nie moje, nie pamiętam kto to powiedział. Bardzo często jest tak że matka za wszelką cenę nie chce zaakceptować uzależnienia własnego dziecka bo musiała by uznać że "Moje" wychowanie gdzieś zawiodło chociaż częściowo... Więc sprząta ile wlezie po swoim kwiatuszku nazywając to miłością. No nie, miłość to nie poprawność polityczna. Oczywiście jak ktoś chla to nie może obwiniać wszystkich za to a się zabrać za robotę. Złe dzieciństwo czy dorastanie to nie zniżka na pierdolino, to solidna para butów do wędrówki na szczyt. 

Czemu alkoholik nie chce się leczyć?

Bo ma wielkie ego. Każdy z nas ma ego i nikt nie lubi jak się nam zwraca uwagę i podważa światopogląd. Im większe ego tym większe przekonanie o własnej racji a racja jest jak dupa, każdy ma swoją. Prawda natomiast jest jedna nie rzadko zupełnie inna niż się na początku wydaje. Pójście na terapię, rozwój osobisty i duchowy zawsze wiąże się z podważeniem własnego światopoglądu, zawsze wiąże się z pokornym przyznaniem się do popełnionych błędów. Lekko nie jest powiedzieć przed sobą że przez ileś lat źle się postępowało bądź uparcie trzymało jakiejś fikcji. Można się przyzwyczaić bo pęknięcie bańki kłamstw na własny temat jest bardzo uwalniające ale nim się to stanie to lekko nie jest a strach jeszcze większy. 
Wszyscy jednogłośnie mlaskamy że każdy popełnia błędy... tak ale kiedy ktoś zwraca nam uwagę to nie wielu chce z tego lekcje wyciągnąć... Wyobraź sobie że mówię Ci, pójdź na terapię współuzależnienia lub DDA a Twoje życie za kilka miesięcy będzie zupełnie inne a za dwa lata to sama się nie poznasz, oczywiście na plus. To jak, szukasz już najbliższego ośrodka terapeutycznego? No właśnie, wyobraź sobie że alkoholik ma z tym większy problem bo ma większe ego...

Dlaczego wie,że jest uzależniony, ale ma różowe okularki, przez które widzi same plusy.
Zaprzeczenie – jeden z narcystycznych mechanizmów obronnych znanych w psychologii i psychoanalizie, pokrewny wyparciu.
Zaprzeczanie to fałszowanie obrazu teraźniejszości poprzez nieprzyjmowanie do wiadomości realnych faktów, w celu odsunięcia negatywnych myśli i uczuć, które mogłyby się z tym wiązać. Spostrzeganie rzeczywistości zachodzi z unikaniem uświadomienia sobie jej przykrych aspektów. (wikipedia)
Mechanizm iluzji i zaprzeczeń, to jeden z trzech mechanizmów alkoholizmu. Więc alkoholik z definicji nie chce tak od razu podejmować leczenia.

A na słowo leczenie dostaje drgawek i mówi,że pójdzie owszem,ale jak wyjdzie to się nachleje do nieprzytomności.

Bo strach przed zmianą i przyznaniem się do błędu go paraliżuje, bo zrobi na złość (często piłem na złość żonie) ale to tylko tania prowokacja bo jak by nic mi nie gadała to bym inny powód znalazł do picia. 

Czemu ja tak strasznie boję się ,żeby on odszedł?

Bo jesteś współuzależniona: LINK

Czy trzeba koniecznie się rozstać,żeby naprawić miłość?

Nie, żeby naprawić miłość potrzebujecie oboje się rozwinąć, oboje potrzebujecie pomocy, oboje musicie się zmienić (oczywiście pijący bardziej) Konsekwencje picia mogą wzbudzić w alkoholiku iskrę do przerwania tego błędnego koła. Tylko konsekwencje to mogą zrobić ale niestety nie zawsze robią. Tak czy siak separacja może coś zmienić bo robiąc cały czas to samo nie oczekuj zmian. Czyli w sumie nic do stracenia a jest szansa na odzyskanie faceta w którym się zakochałaś z wielkim bonusem :-)

Czy to wogóle jest możliwe?

Nadzieja umiera ostatnia. Jak ja przestałem pić to chyba każdy potrafi a była to pierwsza rzecz w życiu co mi wyszła.

Czemu on nie rozumie,że mnie krzywdzi,że jest egoistą i jakby dzieckiem?

Bo jest uzależniony.

Najbardziej boli mnie gdy jednego dnia mówi,że mnie kocha,a po trzech dniach jednak dochodzi do wniosku,że jednak nic do mnie nie czuje.

Jest nie stabilny emocjonalnie, jak każdy uzależniony. 

Ja wiem,że to ja coś żle robię,ale co?

Coś na pewno ale się nie katuj, podstawowym problemem jest alkoholizm mężczyzny z którym chcesz iść przez życie a nie Twoje wady. Na pewno je masz i oczywiście w terapii możesz je poznać i zlikwidować, chcesz? Powiedz facetowi na jasnych zasadach. Jak podejmie leczenie to ty z nim, jak nie to żegnaj. Bądź jednak gotowa na może chwilowe rozstanie, może na dłuższe... Życzę wam jak najlepiej i chętnie bym wam pomógł ale to wy, musicie postawić pierwsze kroki. Ty już kroczek masz za sobą, napisałaś do mnie. Jedno jest pewne, stojąc w miejscu (robiąc cały czas to samo) nic się nie zmieni... 

sobota, 23 grudnia 2017

Bezsilność

Pixabay


A mnie nic nie wyszło...
  1. Od momentu, kiedy picie alkoholu przez mojego męża zaczęło mi przeszkadzać (po dwudziestu latach wydawało mi się udanego małżeństwa), szukałam sposobu, aby "coś" z tym zrobić. 
  2. Poszłam na terapię dla współuzależnionych. Tam dowiedziałam się, że mąż jest prawdopodobnie alkoholikiem i że pomóc mu można nie pomagając. Spotkałam się także z trzeźwiejącym alkoholikiem, prowadzącym terapię dla alkoholików. Długo rozmawialiśmy o tym, że jedyną miłością alkoholika jest alkohol i do czego jest zdolny uzależniony, aby go zdobyć. O tym jak wykorzystuje rodzinę, manipuluje, oszukuje, o tym jakie argumenty na niego nie działają a co może poskutkować w namawianiu go do "zrobienia porządku ze swoim piciem". 

  3. Zaczęłam działać - najpierw były rozmowy, próby pokazania, że picie jest złe, że źle wpływa na nasze relacje, na życie rodzinne, że przez picie mąż zaniedbuje dzieci, mnie, swoje obowiązki itd. Efektem było zdenerwowanie męża i bagatelizowanie problemu, a raczej wypieranie go. Zorganizowałam więc spotkanie rodzinne - ja, dzieci, jego liczne rodzeństwo (z mężem jest ich siedmioro). Poprosiłam, aby wszyscy napisali do niego listy, w których opisują co czują w związku z jego piciem. Było to coś w rodzaju interwencji - mąż wiedział tylko, że będzie miał gości, ale nie wiedział po co przyjadą. Wszyscy mówili o tym jak martwią się o niego, jak go kochają i że nie chcą, aby niszczył swoje zdrowie. Ja z córkami mówiłyśmy o tym jak nam go brakuje, jak się od nas oddala, że czujemy się opuszczone, samotne, zaniedbane. Po czym wszyscy wręczyliśmy mu te listy. 

  4. Oczywiście mąż stwierdził, że on nie ma żadnego problemu, ale udało mi się go namówić, aby spotkał się z psychologiem w ośrodku, aby sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma problemu. Niestety w dniu wizyty w ośrodku mąż stwierdził, że nigdzie nie zamierza iść, bo to ja wymyślam problem, a nie on. Efekt tych działań był taki, że zaczął więcej pić, a mnie robił wyrzuty, że "rozgadałam" o problemie w rodzinie i zrobiłam z niego alkoholika. 

  5. Zaczęłam więc wcielać w życie twardą miłość, oczywiście na ile mogłam. Przestałam prać jego brudną odzież, podstawiać mu jedzenie pod nos. Mówiłam, że skoro ma czas na picie zamiast iść do pracy, to może też sobie naszykować jedzenie. Mąż w międzyczasie stracił pracę, a na alkohol zdobywał pieniądze robiąc tak zwane fuchy - ja mu pieniędzy nie dawałam. Starałam się także, aby z tego co zarobi utrzymał chociaż samochód. Nic to nie dawało. Odnosiłam wręcz wrażenie, że każde moje działanie wywołuje u niego chęć robienia na złość. 

  6. W końcu doszło do tego, że poinformowałam go, że jeśli nic nie zrobi z piciem, nasze relacje ulegną znacznemu ochłodzeniu. Miałam nadzieję, że będzie to na tyle ważny element naszego życia, że chociaż spróbuje coś zmienić. Starczyło mu chęci na mniej więcej miesiąc. Potem wrócił do picia, a mnie pozostało być konsekwentną w działaniu. 

  7. Jego alkoholizm pogłębiał się, wycofał się zupełnie z życia rodzinnego, nie odwiedzał z nami bliskich, a ja robiłam swoje. Zajmowałam się swoim życiem. Starałyśmy się z córkami normalnie żyć, bywać u rodziny, w teatrze, kinie, na wystawach. Chciałam mu przez to pokazać, jak wiele traci z życia mojego i swoich córek. Jak omija go wiele ważnych spraw - matura córki, obrona drugiej, odnoszone przez nie sukcesy itp. Nic go nie interesowało. 
  8. Tylko pił, zaczepiał mnie i córki, poniżał, wyzywał, upokarzał, szantażował, terroryzował psychicznie i coraz więcej pił. Na próby rozmawiania z nim reagował agresją i mówił, że on nie ma żadnego problemu. W końcu doszło do tego, że podczas awantury z rozbijaniem talerzy, musiałam wezwać policję. Następny krok, to zgłoszenie go do komisji leczenie uzależnień. W efekcie wyrokiem sądu dostał nakaz zgłoszenia się na leczenie. Bez skutku. Pozostała mi już tylko separacja i tak też zrobiłam.
Cały czas mówiłam, że to wszystko efekty jego picia, co wzmagało w nim tylko większą wściekłość, chęć wyżywania się na mnie i picie jeszcze więcej. Oczywiście dom i rodzinę utrzymywałam ja, a on podnosił się z kanapy tylko wtedy, kiedy brakowało mu pieniędzy na alkohol. Postanowiłam, że muszę odejść, bo tylko wtedy będzie zmuszony wziąć życie w swoje ręce, będzie musiał się utrzymać, pójść do pracy i może chociaż ograniczyć picie. Nie chciałam, żeby umarł. Miałam także nadzieję, że moje odejście postawi go do pionu, że groźba utraty rodziny zmusi go do zaprzestania picia. 

Pomyliłam się... Odchodziłam od niego trzy miesiące - sprawy majątkowe, które musiałam załatwić, ponieważ bałam się, że wszystko zadłuży. W tym czasie znalazł sobie pracę i na tym koniec. Nie zrobił nic, aby ratować nasze małżeństwo. Obraził się, był wściekły, nie widział powodu dla którego chcę odejść, bo on przecież nie ma problemu z alkoholem. 

Odeszłam więc, a córki razem ze mną, bo nie chciały z nim zostać, ponieważ je także poniewierał i poniżał. A on po czterech miesiącach sprowadził do naszego mieszkania alkoholiczkę i z nią żyje. I takie są efekty moich starań, szarpaniny, która trwała sześć lat. Tak bardzo uwierzyłam w skuteczność twardej miłości, że trudno mi zaakceptować porażkę. Czasem nawet myślę, że musiałam zrobić coś źle, może za mało próbowałam rozmawiać, co nie było łatwe, bo on nie chciał. Może moja postawa była niewłaściwa - nie byłam miła, raczej starałam się go ignorować jak był pijany, zwłaszcza gdy mnie zaczepiał. Czasem tylko nie wytrzymywałam nerwowo i coś mu "odpyskowałam", jak mnie obrażał, lub straszył, czy szantażował. 

W momentach trzeźwości też trudno było być szczególnie miłym, ponieważ nigdy za nic mnie nie przeprosił był nerwowy, małomówny, sprawiał wrażenie osoby urażonej. Nie wiem co mam o tym 
wszystkim myśleć, ale nie tak to miało być... 

Może przynajmniej innym współuzależnionym moja historia przyniesie jakiś pożytek.

sobota, 16 grudnia 2017

Trzymać czy nie trzymać alkohol w domu?

Pixabay

Częste pytanie jakie stawia sobie młody wilk na początku drogi. Trzymać czy nie trzymać alkohol w domu. Przecież jak nie chce pić to się człowiek nie na pije a jak chce pić to z pod ziemi wykopie, prawda? Tak... i nie! Dlaczego? Zapraszam:

Jak to jest z tym zapasem alkoholu w domu. Po pierwsze zapasy z definicji tworzy się na później na trudniejsze czasy. Z czego się tworzy te zapasy? Z tego czego będzie brakować. Więc jeżeli spodziewamy się zimy a np. wiemy że w Polsce zima trwa kilka miesięcy więc robimy zapasy żywności bo od jesieni do wiosny słabo w owoce i warzywa. To znaczy dzisiaj nie my robimy zapasy a robią to hurtownicy, przetwórnie lub żywność jest po prostu sprowadzana. Swoją drogą uważam że nie jest to idealne choć wygodne rozwiązanie. Dlaczego? Markety mają na stanie żywności na 3-5 dni, dolicz do tego to co masz w lodówce i gdyby system zawiódł  na przykład od hiper inflacji po przerwy w dostawach prądu to od spokojnego państwa do anarchii dzieli nas tydzień...Oczywiście należy liczyć na rząd ale doświadczenie mi podpowiada że jak umiesz liczyć, licz na siebie. 

Po tej dygresji przejdźmy do tematu głównego. W odpowiedzi na pytanie ze wstępu zgadzam się z tym że jak ktoś nie chce pić to się nie napije a jak chce to z pod ziemi wykopie. 
Kiedy piłem to nie było dla mnie sytuacji że sobie nie wypiję. Wstawać co najmniej półtorej godziny przed czasem by wypić kilka piw o piątej rano nie było czymś egzotycznym podobnie jak pójście kilka kilometrów zimą w nocy na stacje paliw, przepłacić za alkohol tylko po to by się dopić. A uwierz że gorsze, znacznie gorsze rzeczy byłem w stanie zrobić dla papu. Zapasy robiłem zawsze kiedy wiedziałem że dostęp będzie ograniczony (głównie święta) Jednak ile bym nie miał nagromadzone i tak zawsze było za mało. A jaka była niespodzianka kiedy zapomniałem gdzie schowałem i po tygodniach to pod podłogą, za szafą czy głęboko w aucie schowane się odnajdywało...Maskara jakaś!

Z drugiej strony kiedy przestałem pić to pierwsze półtorej roku mieszkałem nad sklepem monopolowym za każdym razem kiedy wchodziłem lub wychodziłem z domu mijałem skrzynki z na szczęście pustymi butlami. Jednak miałem dostęp alkoholu praktycznie na zawołanie a mimo to nie napiłem się. 

No i co z tego! Cała sztuka polega na tym by pewne rzeczy sobie utrudnić! To jest oczywiste że jak się uprę to się napije! Ale jak zrobię sobie schody, jak sobie utrudnię dostęp do alkoholu to będę miał czas na przemyślenie mojego zachowania, będę miał czas na telefon do znajomego. Będę miał czas na zatrzymanie się. 

Jak trzymasz w domu alko może Ci tego czasu zabraknąć. To logiczne że dłużej trwa ubranie kurtki, wyjście z domu chociaż za róg do monopolowego niż zerwanie dupska z kanapy do barku. Po za tym wiem że głód czy nawrót alkoholowy potrafią zadziałać podstępnie i nawet nie spodziewasz się kiedy spontanicznie sięgniesz po butelkę. Powiedzmy wprost, alkohol w domu trzeźwiejącego alkoholika to tykająca bomba! Nie ma co! Należy sobie utrudniać dostęp do alkoholu by mieć czas na myślenie! 

Kolejna sprawa jest taka że po co Ci alkohol w domu kiedy nie pijesz? No na logikę! Jeździsz na nartach? Ja akurat nie, więc nie mam w domu nart! Chorujesz na cukrzyce? Ja nie, więc nie mam w domu insuliny! Masz kosiarkę do trawy? Ja mam, na benzynę więc nie trzymam zapasu oleju napędowego w garażu! Nie piję więc nie mam alkoholu w domu. 

Oczywiście, może być taka sytuacja że inni domownicy piją i wówczas pozostaje tylko rozmowa i próby wytłumaczenia że to Ci szkodzi i nie chcesz mieć pola minowego w mieszkaniu. Alkohol jest dostępny w Polsce bardziej niż chleb i mówię to poważnie! Jak będzie potrzeba to zawsze mogą bliscy kupić po wyjściu z domu. Spotkania mogę też odbywać się bez alkoholu. Mój dom czy wcześniej mieszkanie odwiedziło bardzo wiele osób z rodziny i znajomych od 2009 roku bez jednego piwa na stole i wszyscy byli zadowoleni. Ci którzy sobie nie wyobrażali spotkania bez alkoholu i tak maja mnie za dziwaka więc naturalnie się wykruszyli. Mój dom i u mnie się nie pije! Ale ze mnie rasista i ksenofob prawda ;-) 

Nie pije więc nie mam alkoholu w domu, jestem alkoholikiem, trzeźwiejącym ale jednak alkoholikiem więc w kwestii % nie mogę polegać na sobie. Wolę wyprzedzać własne gorsze dni i nie obstawiać się minami. 

Skoro jestem przy temacie dostępu do alkoholu w domu czy po za nim. W rządzie nie tak dawno temu pojawiła się ustawa o ograniczeniu dostępu do alkoholu. Ja jestem za! Po pierwsze nie jestem wrogiem alkoholu! Po drugie dupa mnie nie boli że ja "nie mogę" pić. Oczywiście że mogę, mam skończone 18 lat! Ja nie chcę! 
Ale moi drodzy, jeżeli w naszym cudownym kraju który kocham z jego wadami i zaletami w samej Bydgoszczy mamy tyle sklepów monopolowych co w całej Norwegii to coś nie gra prawda? 
Na stacji paliw czy w małych po PGR wioskach nie zawsze znajdziesz żywność ale alkohol tak! To jest patologiczna sytuacja! Oczywiście ograniczenia wprowadzałbym przez kilka-kilkanaście lat by nie narosło jak grzybów po deszczu melin ale tym niech się zajmą Ci których żeśmy do władzy wynajeli. 

Lepiej gromadzić pieniądze i żywność na czarną godzinę niż alkohol, wszystkim wyjdzie to na zdrowie :-) Miłego kochani, SB

środa, 29 listopada 2017

Mówić czy nie mówić o uzależnieniu?

Pixabay


Ostatnio pisałem o tym dlaczego boimy się pójść na terapię lub AA, ogólnie na grupę (LINK)
Jednym z podstawowych powodów jest wstyd. 
No dobra, załóżmy że przełamałeś go w sobie na tyle by zacząć terapię grupową lub AA. 
Jedno jest pewne, świat kręci się dalej, nikt nie czeka. 
Co masz zrobić w związku z pytaniami które prędzej czy później się pojawią? Zapraszam:

Więc tak, po pierwsze dlaczego się wstydzimy? 
Alkoholizm to choroba! Jednak nie oszukujmy się, jej przebieg raczej woła o pomstę do nieba niż o współczucie. Czynny alkoholik w zależności od stylu picia oraz ogólnego charakteru sieje mniejsze lub większe spustoszenie. Burdy w domu, kłótnie czy awantury. Ciche dni trwające nieraz nieznośnie długo. Rozboje, kradzieże, zdrady, lub nie pozorna ale bardzo uciążliwa nieobecność fizyczna i duchowa to często skutek "rozluźnienia". 

W zasadzie każdy czynny alkoholik to egoista, jak wiadomo społeczeństwo nie lubi egoistów. Znaczy się tak, trend w myśleniu o sobie jest podsycany na każdym kroku. Wszyscy w okół kadzą nam jacy jesteśmy wyjątkowi. W radiu słyszysz jak mówią - drodzy słuchacze, na koncercie - wspaniała widownio, dzwoni z telefonii komórkowej i zaczyna rozmowę od - Jest Pan/Pani naszym stałym klientem i przygotowaliśmy dla Pana/Pani wspaniałą ofertę. Znajome? Z jednej strony mówią Ci jaki jesteś wspaniały ale zawsze zostawiają niedosyt, bo tu masz za dużo cm a to za mało. Lub brakuje Ci tego czy tamtego.

Ok, jak zwykle rozjechał mi się temat, więc każdy alkoholik to egoista, czasami ego występuje w ładnym opakowaniu ale jak się zgłębić to najpierw myśli o sobie. Takich ludzi nikt nie lubi więc kolejna sprawa. 

Trzecia rzecz to brak kontroli. Pomijając powroty na autopilocie do domu i otwieranie drzwi głową, alkoholik z definicji nie potrafi kontrolować swojego picia! Więc jaki mamy obraz alkoholika na okładce?

Pieprzony egoista, awanturnik, niezdara życiowa, złodziej nie kontrolujący swojego zachowania. Świetny zestaw cech na portal randkowy...

Nie oszukujmy się, jest czego się wstydzić. Sam nie jestem święty a kiedy piłem to szkoda gadać. Czasami do tej pory kiedy mi się przypomni jakaś sytuacja z pijackiego życia to nie wiem czy mam się śmiać, płakać czy głowę w piach wsadzić.

Jednak musimy pamiętać o jednej podstawowej rzeczy! To było!!!

Mówi się że ktoś kto jest pijany mówi to co myśli, ok, coś w tym jest. 
Ale kto powiedział że pijany trzeźwo myśli?!?!

Kiedy na jednym z maratonów w terapii zmierzyłem się ze swoją przeszłością symulując przeprosiny z koleżanką z grupy to się prawie rozsypałem. Byłem przekonany że sobie poradziłem z przeszłością a tu nic. Fizycznie ciało niemal odmówiło posłuszeństwa. W głowie pojawił się doradca z końcówki picia: "Jesteś nic, jesteś zero, jesteś skończony, zrób wszystkim przysługę i zdechnij!"

Około tygodnia byłem taki struty kiedy uderzyła mnie myśl. Przecież to nie ja! Byłem taki kiedy piłem ale teraz nie piję i to wszystko to nie ja! Więc kim jestem? Nie wiem, dowiem się ale najważniejsze że to nie ja! 
To było, to minęło, pamiętaj ku przestrodze ale nie rozpamiętuj! 

Ulga ogromna, proszę Cię teraz, zapamiętaj to na całe życie! Alkoholizm to straszna choroba, jej konsekwencje są bardzo złe ale najgorsza jest pułapka błędnego koła. 
Pijesz rozrabiasz, nie pijesz cierpisz, pijesz żeby zapomnieć, pijesz rozrabiasz...
To nie ma końca, musisz wyskoczyć z karuzeli szaleństwa, nie ma innej opcji. Pamiętaj że to co było to było, to nie ty! Dowiesz się kim jesteś, w swoim czasie. Najważniejsze żebyś umiał to oddzielić! 

Przejdźmy teraz do sedna tematu, mówić czy nie mówić bliskim o chorobie, o leczeniu. 

Po pierwsze tak, niczego nie obiecuj ale powiedz że nie umiesz pić, najbliższym.
To ważne z kilku powodów. 

Rodzina z którą żyjesz pod jednym dachem i tak wie że chlasz! Kiedy powiesz że sobie nie radzisz poczujesz ulgę jakiej sobie nie wyobrażasz.

Powiedz im dlatego że będziesz miał hamulec kiedy Cię złapie głód alkoholowy. Będziesz wiedział że mówiłeś o tym i nie będziesz chciał przy pierwszej okazji zrobić z siebie frajera. Jak nie powiesz i się napijesz to nikt nie zauważy, oto kolejny dzień w raju...

Po drugie chodzi o spotkania, wiemy że w naszej słowiańskiej kulturze nie wylewa się za kołnierz... Byle spotkanie, grill, urodziny czy święta są najczęściej zakrapiane. Jak nie powiesz najbliższym co jest grane to będą Cię namawiali, nie wiadomo jak długo wytrzymasz. 
Po za tym lepiej unikać takich spotkań zwłaszcza na początku, jak się nagle odetniesz to pomyślą że coś się stało a uwierz mi że większość mimo iż wie że "lubisz" wypić nie wpadnie na taki pomysł że podjąłeś leczenie! Z domysłów jeszcze nic dobrego nie wyszło.

Po trzecie nie będzie a bynajmniej nie powinno być alkoholu u Ciebie w domu, dlaczego, to będzie oddzielny artykuł na ten temat. 

Po czwarte, nie można tylko nie pić. To tortura! Trzeba swoje życie przemeblować i to dość solidnie. Jeżeli nie będziesz się ukrywał z tym to będzie Ci łatwiej zorganizować na przykład czas na terapię AA lub wdrażać inne zalecenia. 


Jak rozmawiać ze znajomymi, jak odmawiać? 

Asertywnie. Co to kurwa jest?! Taka była moja myśl na terapii. 
Jak rozmawiać? Normalnie, możesz powiedzieć że nie pijesz bo nie chcesz, dbasz o zdrowie, to może przejść bo fit jest na topie. 
Możesz mówić że wypiłeś swoją rzekę i nie chcesz więcej. Możesz powiedzieć że masz postanowienie. Możesz wreszcie powiedzieć że się leczysz. 

Nie kłam! Wszystkie wymówki że dziś nie bo prowadzę, bo tabletka, bo lekarz, bo dupa, nie przejdą na długo. Raz że nikt się nie da tak długo w konia robić, dwa presja kłamstwa, presja czegoś co zaraz się wyda przytłoczy Cię. Nie kłam! To jedno z ważniejszych postanowień w trzeźwieniu. Czynny alkoholik kłamie nawet kiedy mówi "Dzień dobry!" 
Nie pijesz? Nowe życie, nowy ty! Pamiętaj!

No ale nie można być jak otwarta księga że każdy przyjdzie poczyta to co chce i pójdzie!
Po pierwsze nie musisz się nikomu tłumaczyć, jednak im szybciej powiesz komu trzeba tym lepiej. 

No ale wszystkim nie trzeba bo i po co?

Na przykład w pracy, jeżeli terapia nie koliduje z pracą i nie masz potrzeby zwalniania się z pracy. Jeżeli nie piłeś w pracy a głównie w domu to nie ma takiej potrzeby. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu mówi przysłowie. Najważniejsze jest twoje zdrowienie bo jak będziesz się pogrążał dalej to i pracy za chwilę nie będzie i rodziny nie będzie i wiele wiele więcej rzeczy nie będzie. Jednak jeżeli praca w żaden sposób nie hamuje twojego trzeźwienia to nie ma po co! 

Szef może nie rozumieć, może się bać dać Ci odpowiedzialne stanowisko, możesz sobie zamknąć furtki w pracy jak zauważył jeden z czytelników bloga. 
Ja mojemu szefowi w pracy powiedziałem po trzech latach abstynencji. Była to moja druga już praca bo terapię przeszedłem w innej. Tam wiedzieli bo musiałem się zwalniać szybciej. 
Wracając, kiedy mówiłem szefowi że jestem alkoholikiem który kilka lat zdrowieje to powiedział: "Nie wyglądasz"... Odpowiedziałem tylko że Gdybyś mnie widział trzy lata wcześniej to byś się nie zastanawiał...

Nie ma potrzeby byś mówił każdemu napotkanemu człowiekowi. Kiedy pracowałem na budowach to bywało że latem klienci proponowali piwo, no to nie alkohol przecież... 
Odmawiałem i kiedy byli bardzo dociekliwi to za każdym razem to samo:
"Ale nic?! Nawet w urodziny? Na święta? Ani piwka? no i klasyk na koniec, A w Sylwestra? Nawet lampki szampana?" 
Kurwa mać, ja mam na imię Sylwester! Codziennie bym miał znowu pić?!?! Myślę sobie ;-)
Później już wyprzedzałem i po pierwszej propozycji mówiłem "Nie piję wcale, nawet szampana w Sylwestra" 
Tych których darzyłem jakąś sympatią zapoznawałem ze swoją przeszłością innych nie. Przyjdzie taki czas że nie będziesz miał potrzeby mówienia i tłumaczenia. Nie pije bo nie pije i to wszystko. Nie nie pije bo nie i chuj. To by nie było asertywne ;-) 

Skoro jestem przy przechodniach to bywa że mnie jakiś żurek zahaczy o drobne, bywa niestety rzadko bo żyję jak żyję że siadam z takim kolesiem na ławce, na chodniku a ostatnio nawet na szpitalnych schodach i gadam z nim jak pijak z pijakiem. Po co? 
Żeby zasiać ziarno, takie coś zostaje, zawsze zostaje a dzięki takim mini świadectwom jesteśmy żywymi dowodami na to że można żyć inaczej. Zachęcam każdego kto dłużej stoi na powierzchni żeby dawał takie mini wyrazy trzeźwego życia, to też spłata długu jaki ma każdy z nas, trzeźwiejących alkoholików. 

SB